Komisja Europejska nakazała w środę wieczorem zawieszenie do 26 stycznia handlu emisjami CO2 w Unii Europejskiej w następstwie wykrycia cyberataków, których ofiarą padły krajowe rejestry emisji dwutlenku węgla. Hakerom udało się złamać zabezpieczenia rejestrów i wykraść uprawnienia do emisji, które natychmiast zostały sprzedane. Uprawnienia do emisji wykradzione Republice Czeskiej mają wartość 7 mln euro.

"Były to włamania do rejestru uprawnień do emisji CO2. Rejestry na terenie krajów UE prowadzą uprawnieni administratorzy (w Polsce KASHUE - PAP). Problem polega na tym, że handel tymi uprawnieniami odbywa się gdzie indziej, a więc można wykraść uprawnienia z depozytu i handlować nimi chociażby na giełdach. Odbywa się to na podobnej zasadzie jak kradzieże z kard kredytowych: karta ginie np. w Polsce, a operacje wypłaty wykonywane są np. w Hongkongu" - wyjaśnił Onichimowski.

"Taka kradzież nie jest możliwa w systemie handlu zielonymi certyfikatami na TGE, ponieważ my zarówno prowadzimy rejestr, jak i handel certyfikatami, więc ten kto by ukradł je z rejestru, nie byłby w stanie nimi handlować. Dodatkowo jest to rynek krajowy, a nie europejski - nie ma innych możliwości zbycia" - dodał. Onichimowski zwrócił uwagę, że europejski handel emisjami CO2 jest narażony nie tylko na hakerstwo, ale także na defraudację (podatku VAT) oraz spekulację.

Dla TGE największe znaczenie ma handel energią elektryczną oraz świadectwami pochodzenia energii, głównie tzw. zielonymi certyfikatami

Pytany o handel uprawnieniami do emisji CO2 na TGE, odparł: "uprawnienia do emisji CO2 nie odgrywają u nas dużej roli, są raczej formą zabezpieczenia innych transakcji na giełdzie". "Jest to europejski handel spotowy i pojedyncze lokalne giełdy, gdzie stosuje się inną walutę niż euro, nie mają w nim dużego znaczenia. Mogą one odgrywać rolę tylko poprzez współpracę z innymi giełdami, my będziemy starać się współpracować z giełdą skandynawską" - zaznaczył. Dodał, że w handlu prawami do emisji prym wiodą giełdy: amerykańska i londyńska, a także giełda paryska.

Dla TGE największe znaczenie ma handel energią elektryczną oraz świadectwami pochodzenia energii, głównie tzw. zielonymi certyfikatami.

"Na rynku spotowym energii elektrycznej, tzw. rynku dnia następnego, sprzedaje się dziennie ok. 40 do 50 tys. MWh. Transakcja zawierana jest między producentem a spółką obrotu, która dostarcza prąd odbiorcom. Dostawa odbywa się w umówionych godzinach, a cena zależy od zapotrzebowania na energię w danym czasie" - powiedział Onichimiowski.

Największa różnica w cenie jest między energią dostarczaną w porannych godzinach szczytu a nocną "dolinką". "Na przykład w czwartek najdroższa megawatogodzina kosztowała 253 zł, a najtańsza - 147 zł" - wymienił Onichimowski. Zaznaczył, że cena 1 MWh dochodzi nawet do 700 zł np. w czasie awarii czy niedoborów prądu. Zastrzegł jednocześnie, że cena energii na rynku spotowym nie wpływa na wysokość rachunków odbiorców w takim stopniu jak cena na tzw. rynku terminowym, gdzie zawierane są kontrakty na długookresowe dostawy prądu. Takie umowy strony mogą zawierać bezpośrednio albo również poprzez giełdę.

"Na rynku terminowym odnotowujemy zwiększony ruch w drugiej połowie roku, ale już teraz mamy sporo umów zawartych na 2012 rok, co świadczy o coraz większej transparentności rynku" - powiedział prezes TGE.