Presja inflacyjna będzie się w Polsce zwiększać z powodu rosnących cen ropy, a także otwarcia rynku niemieckiego. Państwa strefy euro na razie nie będą schładzać gospodarek.

Jesteśmy biedniejsi

Średnioroczna inflacja wyniosła w 2010 r. 2,6 proc. – podał GUS – i jest niższa niż w ostatnich dwóch kolejnych latach. Niepokojący wzrost pod koniec roku uruchomiły ceny paliw – poszły w górę o 11,9 proc., żywności, napojów i używek – o 5,3 proc., a także nośników energii – o 4,1 proc.

Podobne są przyczyny inflacji w strefie euro, ale ponieważ jesteśmy biedniejsi, więcej wydajemy na jedzenie i paliwa, dlatego wzrost cen jest szybszy. – Ten sam problem ma większość krajów rozwijających się – tłumaczy Marcin Mrowiec, główny ekonomista Pekao SA.

Inflacja w całym 2010 r. utrzymała się na poziomie tylko nieco przekraczającym cel RPP (2,5 proc.), ale rośnie presja inflacyjna. – Gdy Niemcy otworzą swój rynek dla Polaków, inflacja może urosnąć. Nasze firmy, by zatrzymać najlepszych, będą musiały podnieść płace, a to przełoży się na wzrost konsumpcji – mówi Marek Rogalski, analityk DM BOŚ.

Aby zablokować tendencję inflacyjną, RPP może podnieść stopy procentowe o 0,25 pkt proc. – podstawową do 3,75 proc. Eksperci wskazują, że za taką decyzją przemawiają ostatnie wystąpienia członków RPP. Prof. Marek Belka, prezes NBP, powiedział, że czas czekania w polityce monetarnej się skończył.

– Konsekwencją tej decyzji może być jeszcze większe umocnienie złotego. Podrożeją kredyty złotowe, bo w górę pójdzie WIBOR. Już widać jego zwyżkę, ponieważ banki najwyraźniej przewidują ruch rady – tłumaczy Marcin Mrowiec.

Wzrost cen kredytów powinien ostudzić zapędy konsumpcyjne. Z kolei wyższe oprocentowanie lokat zwiększy skłonność do oszczędzania.

Wczoraj Europejski Bank Centralny zdecydował, że stopy pozostaną na poziomie 1 proc.

– Ryzyko wzrostu inflacji istnieje. Dlatego nie wykluczamy ewentualnych podwyżek w przyszłości – asekurował się Jean-Claude Trichet, szef EBC.

Europa poczeka

Ekonomiści przewidują jednak, że do góry mogą pójść najwcześniej pod koniec 2011 roku. Na razie wśród europejskich decydentów wciąż dominuje przekonanie, że wyższe stopy mogłyby zniechęcić rynki do skupowania obligacji. A to za pieniądze z ich emisji Grecy, Irlandczycy czy Hiszpanie walczą z widmem bankructwa. Wzrost stóp mógłby pogłębić kryzys zadłużeniowy w strefie euro. Podobnej polityce hołduje na razie również brytyjski Bank of England. Stopy na wyspach od 22 miesięcy pozostają na poziomie 0,5 proc. Londyn doskonale zdaje sobie sprawę, że podwyżka stóp mogłaby doprowadzić do podcięcia powracającej z wolna koniunktury i to dlatego na razie zdaje się nie martwić zbytnio 3,3-proc. inflacją.

Z kolei w USA od początku kryzysu poziom cen konsekwentnie spada, a Fed i administracja Baracka Obamy obawiają się deflacji.

– Dzieje się tak z powodu pokryzysowego wzrostu bezrobocia, które wynosi 9,4 proc. Zaowocowało ono olbrzymią różnicą między realnym i potencjalnym PKB – uważa ekonomista z Harvardu James Stock.

Dlatego od pewnego czasu Fed pompuje w gospodarkę dodatkowe pieniądze (ostatnio w formie tzw. poluzowania ilościowego, czyli QE2).

W Polsce decyzja RPP spowoduje jedynie wzrost cen. Nie będzie dodatkowo wspierany wzrostem konsumpcji.