Korki kradną przede wszystkim czas. A ten koszt łatwo wyliczyć. Każda godzina spędzona przymusowo i zazwyczaj bezproduktywnie za kierownicą auta to nic innego jak koszt alternatywny, czyli utracone możliwości i korzyści, które moglibyśmy w tym czasie uzyskać. Nawet jeżeli utknęliśmy w korku, wracając z pracy, rezygnujemy w tym czasie np. z wypoczynku, co nieuchronnie zaowocuje niższą produktywnością w biurze. Ile tracimy? Wystarczy przemnożyć spędzony w samochodzie czas przez naszą stawkę godzinową i już widzimy, jak korek nas okrada. Zsumujmy wszystkich pracowników tkwiących w korkach, a zobaczymy, o ile zmniejsza się PKB.

Korki to również spóźnienia, czyli – traktując sprawę z biznesowego punktu widzenia – biurowe nieobecności, opóźnienia dostaw i realizacji kontraktów. Dochodzi do tego większe zużycie paliwa, czyli nie tylko wyższe rachunki na stacjach benzynowych, ale również skażenie środowiska. Plus szybsze zużycie silnika, pedałów hamulca i gazu, nie mówiąc już o ewentualnych stłuczkach. Niektórzy argumentują nawet, że do kosztów należałoby dorzucić też wyższą śmiertelność spowodowaną zbyt późnym docieraniem na miejsce tragedii karetek pogotowia czy wozów strażackich. Straty ponoszą też mieszkańcy ulic znajdujących się w promieniu nawet kilku kilometrów od zakorkowanych dróg. Istnieje szereg opracowań, które dowodzą, że ceny ich nieruchomości spadają proporcjonalnie do tego, jak rośnie okoliczny ruch. Wszystko dlatego, że kierowcy to innowacyjne stworzenia, które nie ustają w poszukiwaniu objazdów zakorkowanych dróg, korzystając z małych osiedlowych jezdni.

Ile więc kosztują korki w skali całych narodowych gospodarek? Nie ma oczywiście jednej obowiązującej metodologii i dlatego wyniki znacznie się od siebie różnią. Chińska Akademia Nauk szacuje na przykład, że drogowe zatory w 20-milionowym Pekinie (najbardziej zakorkowanym mieście świata), na którego ulice codziennie wyjeżdża 1,9 tys. nowych aut, kosztują gospodarkę 2,2 mld dol. rocznie (czyli 3,6 proc. PKB chińskiej stolicy). Nie lepiej jest w innych duszących się w korkach państwach: Moskwa na przykład traci w ten sposób 1,3 mld dol. rocznie, a cała gospodarka RPA 19 mld dol. W korkach stoją też kraje rozwinięte. Włoski Związek Automobilowy wyliczył w ubiegłym roku, że PKB Italii jest przez nie mniejsze o 40 mld euro. Zaś według konserwatywniej liczącej Komisji Europejskiej uśredniona wartość korkowych strat dla całej UE to 1 proc. unijnego PKB. Z braku lepszego zestawienia trzeba też przyjąć tę uśrednioną wartość dla Polski. Zwłaszcza, że Warszawa i Wrocław zajmują pod względem zakorkowania drugie i trzecie miejsce na liście unijnych metropolii (według holenderskiej firmy nawigacyjnej Tom Tom).

Ale najgorsze jest to, że pomimo kilku dziesięcioleci wojowania z korkami ludzkość wcale nie przybliżyła się do zwycięstwa. Przez lata wierzono, że niezawodnym sposobem na ich rozładowanie będzie budowanie nowych dróg. Jak naiwne to przekonanie, wiedzą doskonale mieszkańcy metropolii takich jak Moskwa czy Los Angeles, gdzie na kilkupasmowych obwodnicach częściej się stoi niż po nich jedzie. – Wiara w to, że dodawanie dróg jest receptą na korki przypomina przekonanie grubasa, iż popuszczanie paska od spodni to najlepszy lek na otyłość – pisał na początku lat 90. amerykański ekonomista Anthony Downs, jeden z guru ekonomicznych badań nad korkiem. Jego dzieło podjął niedawno zespół fizyków i matematyków z amerykańskiego MIT i japońskiego uniwersytetu w Nagoi. Naukowcy dowiedli, że na drodze nawet lekkie hamowanie czy nieoczekiwana zmiana pasa przez jednego kierowcę powoduje, iż kilkadziesiąt metrów za nim nieuchronnie tworzy się zator. Kto nie wierzy, niech zajrzy na stronę http://math.mit.edu/projects/traffic/, gdzie można prześledzić eksperyment: 22 samochody poruszające się po filmowanym z góry kole długości 230 m z jednostajną prędkością 30 km/h. Żadnych skrzyżowań, świateł ani złej pogody, a i tak po pewnym czasie pojawiają się korki. Nie ma bowiem takiej możliwości, by kierowcom udało się utrzymać idealnie równą prędkość. – Korki to prawo natury – argumentuje zespół badaczy. Niestety.