Oskarżają władze w Moskwie, że zmuszają naszych producentów do współpracy z Polskim Stowarzyszeniem Producentów i Eksporterów Owoców i Warzyw. Tylko jego certyfikaty gwarantują swobodny handel owocami i warzywami z Rosją.

Stowarzyszenie działające w porozumieniu z rosyjską Federalną Służbą Nadzoru Weterynaryjnego i Fitosanitarnego wystawia świadectwa wstępnej kontroli warzyw i owoców eksportowanych do Rosji. Dokument dla jednego transportu kosztuje 300 euro. Zastępuje on oficjalne certyfikaty bezpieczeństwa zaświadczające o pozostałości pestycydów w płodach rolnych.

– Dokument dostaje się od ręki, a na oficjalne przebadanie próbek czekamy nawet 30 dni, bo w ostatnich latach Rosjanie odebrali akredytacje wielu polskim laboratoriom – mówi jeden z eksporterów.

Zdaniem Rosjan w warzywach i owocach certyfikowanych przez polskie laboratoria pozostałości pestycydów przekraczały dopuszczalne normy. Polscy producenci są jednak innego zdania. – To Rosjanie zawyżają normy pozostałości pestycydów w płodach rolnych – twierdzą członkowie Stowarzyszenia Polskich Eksporterów Owoców i Warzyw „Unia Owocowa”. W efekcie rosyjskie normy są bardziej restrykcyjne niż unijne.

Według memorandum podpisanego między Moskwą i Brukselą trzy lata temu eksporterzy powinni uzyskać certyfikat potwierdzający, że pozostałości środków ochrony roślin w płodach rolnych nie przekraczają rosyjskich norm. Obecnie takie świadectwa wystawiają trzy polskie laboratoria: w Sośnicowicach, Rzeszowie i Trzebnicy. Tymczasem Federalna Służba Nadzoru Weterynaryjnego i Fitosanitarnego (Rossielhoznadzor) w oficjalnym serwisie chwali współpracę z prywatnym stowarzyszeniem eksporterów, które oferuje przedsiębiorcom certyfikaty wstępnej kontroli warzyw i owoców.

Choć Rossielhoznadzor nie wymienia nazwy, to w Polsce działa tylko jedna taka organizacja – Polskie Stowarzyszenie Producentów i Eksporterów Owoców i Warzyw.

Dokumenty wystawione przez organizację potwierdzają, że pozostałości pestycydów w płodach rolnych nie przekraczają rosyjskich norm, a w rosyjskich urzędach zastępują certyfikaty bezpieczeństwa wystawiane przez oficjalnie akredytowane polskie laboratoria.

– Ten dokument otwiera w Rosji wszystkie drzwi. Nabywając go, kupuje się wolność i spokój, bo na granicy nikt nie robi problemów – mówi jeden z polskich eksporterów, który w Rosji sprzedaje jabłka.

Radości nie kryje prezes stowarzyszenia Dariusz Muszyński. – Nie zdarzyło się, by Rosjanie mieli zastrzeżenia do certyfikowanych przez nas transportów – przyznaje.

Organizacja co miesiąc wystawia 100 – 150 certyfikatów. To oznacza świetny interes, bo za każdy dokument przypisany do jednego TIR-a owoców lub warzyw eksporter płaci 300 euro. Rocznie daje to nawet 540 tys. euro, czyli ponad 2,1 mln zł.

– Koszt takiego certyfikatu to prawie połowa naszej marży, bo na każdej ciężarówce wysłanej za wschodnią granicę zarabiamy między 600 a 800 euro – oburza się Monika Przybylska, dyrektor administracyjny firmy Prima 2000.

Eksporterzy zrzeszeni w Stowarzyszeniu Polskich Eksporterów Owoców i Warzyw „Unia Owocowa” twierdzą, że są przymuszani do współpracy z konkurencyjną organizacją.

– Dostaliśmy listy od naszych rosyjskich partnerów, którzy importują polskie warzywa i owoce, że bez certyfikatów wstępnej kontroli auta będą dłużej stać na granicach – twierdzi jeden z przedsiębiorców.

Dariusz Muszyński odpiera wszystkie zarzuty. – Dwa lata przekonywałem Rosjan do porozumienia, przeszkoliłem u nich 10 inspektorów. A teraz robi się z tego wielką aferę – mówi.

Jego zdaniem Rosjanie nie mają do polskich eksporterów zaufania, bo zdarza się, że Polacy fałszują albo przedstawiają nieakutalne certyfikaty bezpieczeństwa. Problem inaczej widzą jednak urzędnicy Państwowej Inspekcji Ochrony Roślin i Nasiennictwa (PIORiN).

– Jeżeli są przepisy, które mówią, że trzeba się do pewnych reguł dostosować, to tak powinno być. Szukanie możliwości obejścia tych reguł przez zakup dokumentów uważam za naganne – mówi Dariusz Wiraszka, zastępca głównego inspektora ochrony roślin i nasiennictwa.

PRAWO

Co zarzucają Rosjanie

W tym roku Rosjanie przesłali do Polski 178 notyfikacji dotyczących przekroczenia norm pozostałości pestycydów w płodach rolnych wyeksportowanych z Polski. Nasi eksporterzy twierdzą jednak, że rosyjskie normy są znacznie zawyżone w stosunku do tych stosowanych w krajach Unii Europejskiej. Na przykład dla substancji aktywnej Chloropiryfos zawartej w środkach ochrony roślin rosyjska norma jeszcze niedawno wynosiła 0,05 miligrama w kilogramie badanego produktu. Unia Europejska dopuszcza natomiast obecność 0,5 miligrama tej substancji w kilogramie badanego produktu. Z kolei Kaptan, stosowany przez polskich sadowników w trakcie przechowywania jabłek jako środek przeciwgrzybiczny, w Rosji do niedawna był całkowicie zabroniony. Od kliku miesięcy Rosjanie jednak liberalizują swoje przepisy, wprowadzając normy obowiązujące w Unii Europejskiej oraz legalizują stosowane tam środki.