Atak Korei Północnej na południowokoreańską wysepkę nie wywołał powszechnej paniki, przypomniał jednak rynkom, że świat siedzi na beczce prochu. Konflikt w Azji to tylko jeden z elementów wybuchowej układanki.

Linie frontu przebiegają wprawdzie daleko od Warszawy, wiadomo jednak, że efekty globalnej walki i tak do nas dotrą. Kiedy na świecie zaczyna robić się gorąco, złoty traci, tak jak większość walut rynków wschodzących.

Wszystko dlatego, że wielcy gracze wrzucili nas do jednego worka z pomniejszymi krajami, nie widząc różnicy między nami a Czechami czy Rumunią. Może gracze mają większe zaufanie do nas niż do Węgrów czy Litwinów, jednak kiedy padnie komenda do odwrotu, pieniądze uciekną równie szybko z Pragi, jak i z Warszawy. Żadną polską zieloną wyspą na wzburzonym morzu kryzysu nikt nie będzie sobie zawracał głowy, o ile kiedykolwiek wcześniej traktował ją poważnie.

Ponieważ Warszawa jest peryferyjna, wszystko tutaj może się rozgrywać na niby, półżartem i trochę niepoważnie. Wiadomo, że za głupie pomysły nie trzeba będzie ponieść wielkich konsekwencji, złoty się nie rozsypie z powodu wypowiedzi partyjnych działaczy, giełda nie padnie. Kiedy politycy rzucili karkołomny pomysł wydrenowania funduszy emerytalnych, rynki finansowe tym się nie przejęły, chociaż dla nich taka operacja mogłaby się skończyć tragicznie. Miliardy, które płyną do OFE, trafiają przecież do finansowego krwiobiegu – od rynku obligacji po giełdę. W normalnych warunkach, kiedy złe informacje wychodzą na zewnątrz, inwestorzy tracą głowę.

Ponieważ jednak warunki nie są normalne, a nasz polski światek jest trochę niepoważny, nic wielkiego się nie stało. Owszem, jakaś tajemnicza gra wokół OFE się toczy, ale jaki jest jej sens i czy rzeczywiście chodzi o demontaż systemu emerytalnego? Być może chłodny spokój rynków wynikał z tego, że w rachunku zysków i strat bilans i tak wyszedł na zero, bo straty dla instytucji finansowych mogły zrekompensować zyski dla budżetu.

Tak czy inaczej pomysły dla OFE nie miały większego przełożenia na rynki – nie stały się one z tego powodu ani bardziej nerwowe, ani bardziej stabilne. Najwyraźniej nie miały ochoty brać udziału w tej grze. Zresztą po co, skoro i tak karty rozdawane są gdzie indziej. Na pewno nie w Warszawie.