Choć jest jasne, że bez inwestycji w energetykę Polsce w ciągu najbliższych 6 – 8 lat zacznie brakować prądu, wciąż jest ich jak na lekarstwo: wydajemy około 500 mln euro rocznie, a powinniśmy trzy, cztery razy więcej. A w perspektywie najbliższych 20 lat trzeba znaleźć na ten cel kwotę ponad 50 mld euro. Dużo, ale i tak nie obejmuje to niezbędnych inwestycji w przestarzałe sieci przesyłowe, a jedynie w same elektrownie.

Kto miałby wyłożyć takie pieniądze? Firmy, w dużym stopniu nadal państwowe, takich inwestycji same nie udźwigną. Konieczne będzie poszukanie kredytów, a zwłaszcza inwestorów finansowych. Tyle że przy obecnych cenach prądu chętnych trudno będzie ich znaleźć.

– Energetyka przyciągnie inwestorów, gdy ceny prądu wzrosną dwukrotnie. Dzisiejsze nie są opłacalne – uważa Wojciech Hann, partner kierujący zespołem energii i zasobów działu doradztwa finansowego Deloitte.

To niezbyt miła perspektywa dla odbiorców i pewnie wymusiłaby system dopłat dla najbiedniejszych, o jakim wspominał już Waldemar Pawlak.

Ceny energii elektrycznej w Polsce musiałyby wzrosnąć z obecnych 50 euro za MWh (megawatogodziny) do 80 – 100 euro za MWh. Przeciętna polska rodzina rocznie zużywa 2 MWh i płaci za nie około 500 zł (już z VAT). Teraz musiałaby wydać nawet tysiąc złotych.

Pieniędzy na inwestycje można też poszukać, sprzedając sieci przesyłowe. Jak podkreśla Hann, zdecydowano się na to m.in. w Niemczech, Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii.

Zdaniem ekspertów wzrost zapotrzebowania na energię elektryczną w Polsce oraz wyłączanie z powodu wyeksploatowania działających elektrowni doprowadzi w 2016 – 2018 r. do niedoboru mocy. Nieco lepiej ma być po roku 2020, gdy prąd ma popłynąć z elektrowni jądrowej.

Są trzy sposoby uzupełnienia tego niedoboru: import prądu, uruchomienie nowych elektrowni (co będzie możliwe najszybciej za 7 – 8 lat) bądź przedłużenie działania istniejących, czyli remonty.

– Każdy z tych sposobów oznacza dodatkowe koszty, które muszą się przełożyć na wzrost cen energii – ostrzega Hann. Ale to, kiedy i o ile ceny wzrosną, zależy nie tylko od samych firm, ale też tempa uwalniania rynku energii. Teraz ceny zatwierdza państwowy Urząd Regulacji Energetyki.

– Uwalnianie rynku energii jest oczywiście konieczne, ale wszystkiego nie załatwi – mówi „DGP” Adam Szejnfeld, poseł PO i były wiceminister gospodarki. – Potrzebny jest dobry klimat inwestycyjny, przyjaźniejsze prawo i dalsza prywatyzacja spółek energetycznych – dodaje Szejnfeld.

W raporcie są i dobre informacje dla Polski. Co prawda na energię z polskiego gazu łupkowego trzeba zaczekać w najlepszym wariancie dwa lata, to jest do kupienia spora nadwyżka tego gazu (w formie skroplonej) w Stanach Zjednoczonych. A to oznacza, że jeśli zgodnie z planami wybudujemy gazoport w Świnoujściu, będziemy mogli kupić ten surowiec taniej. Ponadto amerykański gaz osłabia pozycję negocjacyjną Gazpromu w Europie.

Za sześć lat zabraknie prądu

Prof. Władysław Mielczarski

z Politechniki Łódzkiej

Jeśli Polska będzie się rozwijać się w tempie 3 – 4 proc. wzrostu PKB rocznie, w 2016 r. zacznie nam brakować prądu. Termin ten może się przeciągnąć o trzy, cztery lata, jeśli znów będzie kryzys gospodarczy, firmy ograniczą produkcję, a więc i zużycie prądu, ale wraz z ożywieniem gospodarki problem wróci. Bo gdyby nie kryzys, już w 2009 r. mielibyśmy kłopoty z dostawami energii.

Niestety inwestycje w energetykę zostały wstrzymane m.in. z powodu niejasności dotyczących emisji CO2. Wiadomo, że mamy dostać część darmowych pozwoleń na emisję, ale nie wiadomo, ile i dla jakich firm. A to powoduje wśród inwestorów niepewność i trudno im robić biznesplany. Sytuacja ma się wyjaśnić w połowie 2011 r.