Przy polskich drogach, na stacjach benzynowych, w szkołach, uczelniach i urzędach działa zaledwie ok. 40 tys. automatów. Jeden przypada na blisko tysiąc osób, co daje nam dopiero 17. miejsce w Europie. Do tego typu maszyn wrzucamy zaledwie ułamek promila wartości całego rynku spożywczego.

Wielki potencjał

– Co prawda Polacy przyzwyczajeni są do robienia zakupów w tradycyjny sposób, jednak nawet biorąc to pod uwagę, uważamy, że potencjał krajowego rynku jest ogromny – uważa Jan Maciejewski, szef regionu mazowieckiego jednej z firm zajmujących się importem i sprzedażą tego typu maszyn.

Jak twierdzą specjaliści, nawet w innych krajach, których rynek pod tym względem uważany jest za nienasycony, liczba automatów jest prawie dwa razy większa niż w Polsce. Na Słowacji na jedną maszynę przypada 480 konsumentów, w Czechach – 511, w Finlandii 512. Nie mówiąc już o wendingowych liderach. W Europie najbardziej nasycone automatami są Hiszpania, w której na jedną maszynę przypadają 93 osoby, Holandia (95) i Szwajcaria (98). Na świecie natomiast, jak łatwo się domyślić, handel zautomatyzował się najbardziej w Japonii. Tam w ubiegłym roku funkcjonowało w sumie 5 mln 405 tys. maszyn. Jedna obsługiwała zaledwie 23 konsumentów.

Kluczowa lokalizacja

Nie znaczy to jednak, że stawiane gdzie bądź w Polsce automaty dadzą gwarancję sukcesu. Jak twierdzą specjaliści, podstawowym kryterium jest wybór odpowiedniej, dochodowej lokalizacji.

Nie jest łatwo znaleźć atrakcyjne miejsce, które nie jest jeszcze zajęte przez automat. Przedsiębiorcy prześcigają się więc w poszukiwaniu idealnej lokalizacji. Doświadczeni gracze mówią jednak, że takich miejsc jest w Polsce jeszcze sporo. Najbardziej pożądane są oczywiście punkty, w których przebywa w ciągu dnia maksymalnie dużo ludzi. Ale nie wszystkie. Na celowniku są więc najczęściej firmy, biurowce, uczelnie wyższe i szkoły, urzędy, szpitale, hale widowiskowe, dworce, teatry i muzea. Popularnością nie cieszą się natomiast pasaże i centra handlowe, gdzie w bliskiej odległości działają kawiarnie i tradycyjne sklepy spożywcze.

Do każdej lokalizacji trzeba jednak podchodzić indywidualnie. – Mój znajomy ustawił automaty na lotnisku w Londynie, w miejscu gdzie tworzyła się kilkanaście razy dziennie kolejka do odprawy – opowiada Maciejewski. – Wydawało się, że to idealna lokalizacja, okazała się jednak bublem. Większość pasażerów nastawiała się bowiem na zakupy w strefie wolnocłowej, w sklepach i kafejkach, po przejściu odprawy. Po sześciu miesiącach znajomy zlikwidował maszyny, bo prawie w ogóle nie przynosiły dochodu.

Za atrakcyjne miejsce trzeba zazwyczaj zapłacić. W instytucjach publicznych przeważnie odbywa się to na zasadzie dzierżawy – właściciel maszyny co miesiąc płaci ustaloną z właścicielem powierzchni kwotę. Przeważnie koszt wynajęcia miejsca dla jednego automatu wynosi około 100-200 zł. W zakładach pracy natomiast ustawienie maszyny wendingowej zazwyczaj nie kosztuje nic. Firmy komercyjne bowiem chętnie nawiązują współpracę z operatorem automatów, dzięki któremu zatrudnieni mogą korzystać z jego oferty. Dla firmy to korzystne, bo zakupy w automacie trwają o 50 – 60 proc. krócej niż gdyby odbywały się na mieście.

Jak zauważają specjaliści warto jednak rzetelnie przeanalizować, czy nie lepiej zapłacić za dzierżawę miejsca, które będzie miało większy potencjał biznesowy. Czasami bezpłatne miejsce oznacza miejsce gorsze, w którym automat nie wykorzysta swojego potencjału, a więc będzie przynosił zyski, które nie pokryją szybko nakładów.

Co w środku

Od lokalizacji zależy także menu, w jakie należy wyposażyć maszynę. Inne bowiem są gusta młodzieży w szkołach, petentów załatwiających sprawy w urzędach, a inne pracowników wielkich korporacji. Pierwsi i drudzy najchętniej, jak zauważają właściciele firm wendingowych, kupują chłodne napoje i snacki. W dużych firmach najlepiej schodzą kawa i napoje gorące. Na dworcach natomiast bardzo dobrze, oprócz napojów, sprzedają się także słodkie i słone przekąski. – Ważne jest jednak, o ile to możliwe, by każdy automat oferował możliwie szeroki wachlarz produktów – zauważa Maciejewski.

Ile trzeba zainwestować

Rozpoczęcie działalności wendingowej wymaga nakładów. Z jedną czy dwoma maszynami, jak mówią właściciele firm, nie warto startować. Według Jana Maciejewskiego biznes ten staje się opłacalny dopiero przy 9 – 11 automatach. Koszt jednej maszyny sięga 14 – 16 tys. zł. Używane można natomiast kupić za 5 – 6 tys. zł. Jeśli przedsiębiorca nie dysponuje odpowiednim kapitałem, może wziąć automat w leasing.

Ale to nie wszystko. Potrzebny będzie samochód do przewożenia automatów (nie zawsze bowiem od razu udaje się znaleźć dochodową lokalizację) oraz przystosowany do tego celu wózek. W budżecie trzeba też zarezerwować kilkadziesiąt zł miesięcznie na serwisowanie sprzętu.

W przypadku prowadzenia sprzedaży towarów szybko rotujących nie obejdzie się też zapewne bez zatrudnienia pracownika.

W dobrych lokalizacjach o zwrocie nakładów na uruchomienie można myśleć po roku.