Większość restauratorów poddała się i grzecznie zakazuje palenia. Tylko nieliczni stawiają na palarnie, bo te budowane zgodnie z wymogami ustawy są drogą inwestycją.

Tradycja do lamusa

– Od kilku tygodni uprzedzamy klientów o zakazie i ci przyjmują to z pełnym zrozumieniem. Tadeusz Konwicki, który od lat ma w zwyczaju palić po obiedzie, tylko westchnął: „No cóż, papierosa wypalę na spacerze” – opowiada Anna Dróżdż, właścicielka legendarnej warszawskiej restauracji Czytelnik.

Lokal jest od lat znany z tego, że przy obiedzie, kawie i papierosie spotyka się tu warszawska śmietanka literacka i aktorska. Mimo to zdecydował się od dziś wprowadzić zakaz palenia. – Moglibyśmy zbudować palarnię, ale koszt tej inwestycji przerósłby zyski z niej – dodaje Dróżdż.

Podobnie zyski i straty kalkulują tysiące właścicieli restauracji i pubów w całym kraju.

Półtora tysiąca kawiarni, restauracji, pubów i barów na ok. 80 tysięcy istniejących jeszcze przed wejściem w życie nowego prawa zgłosiło się do organizatorów kampanii „Lokal bez papierosa”, deklarując udział w akcji. Z tego blisko tysiąc całkiem zakazało palenia, reszta zbudowała specjalne, zamknięte palarnie. – Restauratorzy doskonale wiedzą, że zmian zarówno w prawie, jak i mentalności klientów nie da się powstrzymać. Nowa ustawa nie jest więc dla tego rynku specjalnym szokiem – przekonuje Magdalena Petryniak, koordynatorka kampanii.

Nie ma jeszcze danych, ile lokali zdecydowało się wprowadzić zakaz, a ile buduje palarnie, ale już dziś wydaje się, że większość postawi na zakaz. Powód jest banalny: budowa palarni jest kosztowna. Na jej stworzenie – pomieszczenie z automatycznie zamykanymi drzwiami, wyposażone w superwydajną wentylację – trzeba przeznaczyć co najmniej kilkanaście tysięcy złotych.

A nawet wybudowanie palarni wcale nie daje pewności, że długo będzie przyciągała klientów do lokalu, generując zysk.

Palarnie też znikną

Polska podpisała bowiem światową Ramową konwencję Światowej Organizacji Zdrowia o ograniczeniu użycia tytoniu i zobowiązała się do przyjęcia jej do 2012 roku. Konwencja ta zobowiązuje nas do niemalże całkowitego wykluczenia palenia z miejsc publicznych i nie przewiduje palarni w restauracjach. Bez sensu więc inwestować, by zbudować palarnię na dwa lata. – Mieliśmy dotychczas podział na część dla palących i niepalących. Od 15 listopada zrezygnujemy. Nie obawiamy się jednak, że przełoży się to na nasze obroty. Mamy nadzieję, że klienci docenią możliwość konsumpcji bez smaku dymu papierosowego – mówi Arkadiusz Taborski, właściciel restauracji Gospoda u Szwejka w Bielsku-Białej i Rzeszowie. Na podobny krok zdecydowała się też restauracja Kawaleria z Krakowa. – Od pewnego czasu obserwowaliśmy spadek liczby palących klientów. Nie mamy więc obaw przed wprowadzeniem całkowitego zakazu – mówi Agnieszka Barłowska, menedżerka lokalu. Zamiast palarni ustawiono tam tylko popielniczki na zewnątrz lokalu.

Trudniej mają właściciele pubów. Ci decydują się jednak na palarnie lub wydzielone miejsca dla osób palących, bo wiedzą, że w ich wypadku wprowadzenie całkowitego zakazu skończyłoby się spadkiem obrotów i to, jak wyliczają eksperci, nawet o jedną trzecią. Dlatego warszawski Indeks oprotestowuje ustawę, a w niedalekiej Huśtawce jeszcze w sobotę właściciele nie byli zdecydowani, co zrobić. – My też zastanawiamy się, jak wybrnąć z tego problemu. Zakaz chcemy zrobić dopiero od weekendu – tłumaczy menedżer Celtic Pub & Restaurant we Wrocławiu. Nieoficjalnie wiadomo, że właściciele pubów, choć wywieszą tabliczki z zakazem palenia, to palących nie będą przepędzać, licząc, że ani policja, ani sanepid z egzekwowaniem prawa nie będą przesadzać.