Kryzys zmienił podejście krajowych producentów do współpracy ze sklepami. Coraz więcej z nich woli dostarczać towar do wielkich sieci niż do niezależnych polskich sklepów i hurtowni.

Wytwórców nie zrażają już nawet obowiązkowe w sieciach opłaty półkowe, które sięgają nawet 25 – 30 proc. wartości towaru. Liczy się to, że duże sieci gwarantują płatności za faktury na czas. Poziom płatności opóźnionych nie przekracza tu 5 proc., gdy w przypadku hurtowni i polskich niezależnych sklepów sięga 30 proc. Taki stan rzeczy potwierdza Sławomir Ryczkowski, prezes firmy PIFO wytwarzającej produkty śniadaniowe i snaki.

– Sieci płacą najczęściej w ciągu 30 dni. Gdzie indziej na pieniądze trzeba czekać 90 dni i więcej. Nie ma też co liczyć na odsetki za opóźnione faktury – wyjaśnia Ryczkowski.

A Stanisław Lesień, prezes firmy Stan, deklaruje wręcz wycofywanie się z dostaw towarów do polskich sklepów na rzecz sieci.

– Nie chcemy czekać na nasze pieniądze miesiącami – podkreśla Lesień. I twierdzi, że dzięki współpracy z super- i hipermarketami jego obroty sięgające już kilkudziesięciu milionów złotych rosną w skali roku o 20 proc.

– Gdy ponad 15 lat temu podpisałem pierwszy kontrakt, produkowałem 50 ton kiszonej kapusty i 10 ton kiszonych ogórków miesięcznie. Dziś wytwarzam 4 tys. ton kapusty i tysiąc ton ogórków. Na wiosnę 2011 r. planuję budowę kolejnego zakładu – mówi Lesień.

Producentów do sieci przyciąga także efekt skali ich działania. To gwarantuje zarobek, choć dostarczają towar nawet o 20 proc. taniej niż do polskich hurtowni i sklepów. Ale w sieciach sprzedają trzy razy tyle – bo każda z nich dba, aby we wszystkich jej sklepach był taki sam towar.

Nawet osławione opłaty półkowe nie są takie złe. Po ich zapłaceniu dostawcy nie martwią się o logistykę.

– W niezależnych sklepach trzeba samemu zadbać o ułożenie towaru i jego transport. A to oznacza konieczność zatrudnienia dodatkowych pracowników i zakup samochodów. Koszty te nieraz przewyższają opłaty półkowe – zauważa Sławomir Ryczkowski.

Jak wylicza jeden z producentów, Tesco jego towary rozwozi tirem do sklepów za 500 zł od transportu. To trzy razy taniej, niż gdyby musiał sam się tym zająć.

Zagraniczne sieci to też szansa na zwiększenie eksportu. Z danych Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji wynika, że wartość eksportu polskich towarów za pośrednictwem wielkich sieci wynosi 2,5 mld zł – o 700 mln zł więcej niż przed rokiem. To zasługa m.in. Biedronki, Carrefoura czy Lidla, które wysyłają towary do Niemiec, Włoch i Chorwacji.

Zainteresowanie sieciami negatywnie odbija się na małych sklepach. W ciągu trzech ostatnich lat co piąty z nich został zamknięty.