Polska nie ma szans na pełne odliczenie pieniędzy przekazywanych do OFE od długu i deficytu. Nasza delegacja, która będzie dziś walczyć o to na unijnym szczycie, wie już, że klamka zapadła. Możemy jednak wynegocjować więcej, niż oferuje nam Bruksela.

Oficjalnie polskie stanowisko się nie zmieniło. Premier poleciał na szczyt z postulatem pełnego odliczenia sum przekazywanych do OFE od długu i deficytu. Oznaczałoby to, że nasz deficyt byłby mniejszy nawet o 2,5 proc., a dług o 14 proc. Donald Tusk ma dziś rozmawiać w tej sprawie między innymi z szefem Rady Europejskiej Hermanem Van Rompuyem i przewodniczącym Komisji Europejskiej Jose Manuelem Barroso. Bo to właśnie z jej strony płynie sygnał, że nie mamy szans na przepchnięcie naszego postulatu. Rząd pogodził się już z tym, iż nie ma mowy, by zmiany zostały wprowadzone do unijnej statystyki.

Teraz walka toczy się o to, na ile nasza propozycja może być brana pod uwagę przez Brukselę, gdy komisja będzie chciała nas ukarać za zbyt wysoki deficyt budżetowy. Gra idzie również o wejście Polski do strefy euro. Jeśli KE nie poluzuje kryteriów, nasz kraj nie będzie miał szans na spełnienie warunków traktatu z Maastricht i może zapomnieć o wspólnej walucie.

– Stawiamy sprawę jasno: w pakiecie rozwiązań kontrolowania finansów państw UE musi się znaleźć rozwiązanie dla OFE – mówi „DGP” wiceszef MSZ Mikołaj Dowgielewicz odpowiedzialny za sprawy europejskie. Sceptyczny jest jednak Janusz Lewandowski, unijny komisarz ds. budżetu. Komisja zaproponowała nam już przecież możliwość odliczania przez pięć lat części długu publicznego wynikającego z OFE i dopuszcza, że deficyt sektora finansów publicznych może sięgać 4 proc. (procent więcej, niż zakłada Maastricht). Lewandowski tłumaczy, że zgadzając się na nasze postulaty, Unia szłaby pod prąd decyzjom o zacieśnieniu dyscypliny finansów publicznych.

Rząd liczy na to, że w ostatecznym rachunku i tak zadecydują państwa członkowskie. Podobne postulaty oprócz Polski zgłosiły rządy dziewięciu krajów UE.