To nie jest wymarzony scenariusz dla Rosjan. Zresztą jesień 2010 r. to dla nich wysyp złych informacji w skali całej Europy. Zarówno tych dotyczących konkurencyjnych projektów energetycznych, jak i związanych z coraz twardszą grą o cenę przez odbiorców surowca.

Na początku października Komisja Europejska podała informację o tym, że nie ma zastrzeżeń co do budowy w Świnoujściu terminalu LNG i nie zablokuje na ten cel wartej 80 mln euro dotacji. Z kolei pod koniec września EBI, EBOiR i Bank Światowy przyznały 5 mld dol. kredytów na gazociąg Nabucco, którym do Europy będzie trafiał gaz z rejonu Morza Kaspijskiego z pominięciem Rosji. Na początku listopada zapadnie decyzja o tym, czy powstanie terminal LNG w Kłajpedzie, który częściowo uniezależni od rosyjskiego gazu Litwę i Białoruś. Z kolei początek przyszłego roku to start prezydencji dwóch środkowoeuropejskich państw: Węgier i Polski, których sztandarowe projekty dotyczą bezpieczeństwa energetycznego w Europie.

Rumuni i Bułgarzy – kluczowe ogniowo w projekcie Gazociągu Południowego (South Stream) pod Morzem Czarnym, który ma omijać Ukrainę i dostarczać rosyjski surowiec do UE – zamierzają budować terminal LNG w Konstancy i sprowadzać do niego gaz z Turkmenistanu i Azerbejdżanu. Sofia i Bukareszt zaczęły szukać bezpieczeństwa na własną rękę.

I właśnie dlatego do Rumunii i Bułgarii pielgrzymował w ubiegłym tygodniu szef Gazpromu Aleksiej Miller. Tym razem jako petent.

W piątek w Sofii usłyszał warunki niemal zaporowe za zgodę na South Stream. Premier Bojko Borysow uzależnia udział w inwestycji od obniżenia przez Gazprom ceny gazu dostarczanego Bułgarii, wyeliminowania pośredników z dostaw gazowego paliwa (spółek Overgas i WIEE) i zagwarantowania zapełnienia istniejącego gazociągu tranzytowego Bulgargazu, tak by po uruchomieniu South Stream magistrala nie była pusta.

Równie twardo z Rosją grają Rumuni. Wiedzą, że w erze LNG nie są skazani na Gazprom. Bukareszt prowadzi rozmowy o projekcie AGRI, interkonektora przez Azerbejdżan, Gruzję i Rumunię. Jego założenia są proste: azerski i/lub turkmeński gaz popłynie istniejącym gazociągiem z Baku przez Tbilisi do Kulevi i dalej okrętami w skroplonej formie do Konstancy i na Węgry.

O tym, że jest realny, świadczy uruchomienie w ubiegły czwartek przez Viktora Orbana i jego rumuńskiego odpowiednika Emila Boca gazociągu Szeged – Arad, który umożliwia transport gazu na Węgry z wybrzeża Morza Czarnego i otwiera Budapesztowi drogę na LNG.

Równie mało perspektywicznie dla Rosji wygląda północ Europy. Dwa terminale LNG – w Świnoujściu i Kłajpedzie – co prawda nie podważają zasadności istnienia Gazociągu Północnego, ale poważnie zmniejszają jego opłacalność. Sposób na skuteczne granie z Rosjanami znaleźli również Bałtowie. Jest nim prawo unijne, a dokładniej regulacje III pakietu energetycznego. W ich myśl dostawca nie może mieć równocześnie kontroli nad przesyłem. Do marca 2012 r. – Wilno chce wydzielić z gazowego monopolisty Lietuvos Dujos, w którym Gazprom ma 1/3 udziałów, firmę zarządzającą przesyłem. Może z tego zrezygnować, ale za tańszy gaz – mówił nam Jurgis Vilemas z rządowego Instytutu Energetycznego w Kownie.

Obserwując to, co dzieje się w Europie, trudno lansować pogląd, że w rozmowach z Gazpromem mamy do czynienia z gigantem, który z partnerem takim jak Polska może zrobić wszystko. Prawda jest taka, że nie może i długo nie będzie mógł. „Kommiersant” napisał w piątek, że w 2015 r. w Europie za sprawą LNG powstanie nadwyżka gazu. Podobną tezę stawia Międzynarodowa Agencja Energetyczna. Zresztą i... polskie Ministerstwo Gospodarki.