Moody’s zagroził wczoraj Irlandii obniżeniem ratingu kredytowego. Obecne Moody’s wycenia irlandzkie papiery na Aa2. To reakcja na ubiegłotygodniową decyzję Dublina o ratowaniu miejscowych banków za wszelką cenę. A dokładniej kosztem 32-proc. deficytu budżetowego.

Trzy gwoździe do trumny

Według ekspertów Moody’s są trzy przesłanki do obniżeniu wyceny. Po pierwsze, gigantycznych rozmiarów bailout banków, ogłoszony przez rząd 30 września. Tego dnia okazało się, że koszt uratowania trzech zagrożonych instytucji (Anglo Irish Bank, Allied Irish Bank i Irish Nationwide), które stanęły przed groźbą bankructwa w wyniku załamania na rynku nieruchomości, wyniesie w sumie o 10 – 15 mld euro więcej, niż do tej pory zakładano, i osiągnie równowartość 21 proc. PKB. To relatywnie więcej, niż wynosił koszt pomocy dla banków Japonii w 1997 roku, i dwukrotnie więcej niż analogiczny bailout w Finlandii w 1990 roku.

Po drugie, wzrost opłacalności irlandzkich obligacji z 5,31 proc. w lipcu do 6,63 proc. we wrześniu (dane dla papierów dziesięcioletnich), czyli do poziomu najwyższego od kwietnia 1997 roku. Trzecim czynnikiem są niepewne widoki na odbicie od dna. Według MFW w tym roku irlandzka gospodarka ma się skurczyć o kolejne 1,5 proc. I choć w 2011 roku położy najpewniej kres recesji i przyniesie wzrost na poziomie 1,9 proc., to dla Irlandii przyzwyczajonej do błyskawicznego rozwoju i tak będzie to – jeśli nie liczyć obecnego kryzysu – najgorszy wynik od 20 lat.

Niech płacą inwestorzy

– Biorąc pod uwagę te trzy czynniki, Irlandia znajduje się na ścieżce w kierunku niższej wiarygodności kredytowej w ciągu najbliższych trzech do pięciu lat – komentował wczoraj Dietmar Hornung, który w Moody’s odpowiada za wycenę tego kraju i siedmiu innych europejskich państw. Część komentatorów spodziewa się, że Dublin może być pierwszą stolicą, która sięgnie po środki Europejskiego Instrumentu Stabilizacji Finansowej (EFSF), utworzonego w maju 2010 roku po zapaści w Grecji.

Na razie jednak rząd przekonuje, że skorzystanie z pomocy EFSF będzie ostatecznością. Zamiast tego minister finansów Brian Lenihan wezwał właścicieli obligacji trzech zagrożonych instytucji do poniesienia części kosztów bailoutu. Choć nie jest jasne, na czym owa współodpowiedzialność miałaby polegać, inwestorzy zdążyli już zaprotestować. W ich imieniu wystąpił rosyjski oligarcha Roman Abramowicz, którego firma inwestycyjna Millhouse w sierpniu 2009 roku wydała na obligacje Irish Nationwide 126 mld funtów. „Kupiliśmy je, ponieważ rząd Irlandii dawał gwarancje na te obligacje i obiecywał stworzyć strategię dla banku. Rok później nie ma ani gwarancji, ani strategii” – napisał w oświadczeniu rzecznik Abramowicza.

Rozmowa: Nie chcemy, by Unia nas ratowała. Poradzimy sobie sami, mówi Frank Barry, ekonomista z Trinity College Dublin

Moody’s grozi obniżeniem oceny Irlandii, deficyt rośnie do niewyobrażalnych rozmiarów... Czy Irlandia ma dziś jakiekolwiek powody do optymizmu?

Irlandzcy ekonomiści sądzą, że nawet z tak olbrzymim brzemieniem zadłużenia, z jakim mamy do czynienia wskutek pomocy dla banków, możemy poradzić sobie sami. Będziemy w stanie w ciągu pięciu lat uporządkować finanse publiczne bez odwoływania się do środków europejskiego mechanizmu stabilizacyjnego (EFSF) czy MFW. Agencje ratingowe wcześniej miały skłonność do nazbyt optymistycznej oceny wiarygodności państw. Kryzys przesunął wahadło w drugą stronę. Obecne raporty agencji są zbyt pesymistyczne.

Dlaczego jednak nie skorzystać ze środków EFSF?

Zapłacilibyśmy za nie wysoką cenę. Zmuszono by nas np. do podniesienia podatków od przedsiębiorstw. Nie chcemy tego, bo niskie podatki są częścią naszej strategii rozwoju. Chcemy poradzić sobie sami. A skoro nie bierzemy pieniędzy z zewnątrz i spłacamy własne zobowiązania, nie ma też mowy o jakiejkolwiek formie kontrolowanego bankructwa.