Dziś upływa termin składania ofert na 51 proc. akcji poznańskiej grupy Enea. Transakcja rozgrzała europejską branżę.

– Enea jest ostatnią firmą energetyczną na sprzedaż, która łączy w sobie znaczący udział w rynku produkcji i sprzedaży energii w Polsce – tłumaczy Paweł Puchalski, szef działu analiz Domu Maklerskiego BZ WBK.

Enea ma blisko 10-proc. udział w produkcji prądu i kilkunastoprocentowy w sprzedaży energii.

Paryż chce całą energetykę

Z naszych informacji wynika, że ofertę ciężkiego kalibru przygotowują Francuzi. O Eneę starają się dwa ich państwowe koncerny: GDF Suez oraz EDF.

Pierwsi są właścicielami Elektrowni Połaniec, która daje im ok. 4-proc. udział w produkcji energii. EDF z Elektrownią Rybnik i kilkoma elektrociepłowniami znaczy więcej niż lokalny konkurent, ale i apetyt potentat znad Sekwany ma znacznie większy. EDF wspólnie z innym francuskim koncernem Arevą chce budować polskie elektrownie atomowe.

– Plany GDF oraz EDF z pewnością zakrojone są na znacznie szerszą skalę niż posiadanie jednej czy dwóch elektrowni. Kontrolowanie jednej z grup energetycznych otwiera możliwość prowadzenia wielu nowych, długookresowych interesów – mówi Kamil Kliszcz z Domu Inwestycyjnego BRE Banku.

Do tego przejęcie Enei może być szansą na wzięcie udziału w projekcie atomowym.

– Spółka nie jest specjalnie droga – mówi Kliszcz. Do tego inwestor będzie mógł wykorzystać Eneę do sprzedaży prądu z przyszłej elektrowni atomowej, której budowę może współfinansować.

To wszystko sprawia, że firmy, które ostro rywalizują ze sobą na francuskim rynku, nie zamierzają odpuszczać również w Polsce.

– Mogą bardzo ostro podbijać cenę. W grę będą wchodziły również ambicje – mówi analityk proszący o zachowanie anonimowości.

Kulczyk: polski kapitał

Z Francuzami będzie rywalizował Kulczyk Investments, który w naszym regionie chce stworzyć silny koncern energetyczny. Spółka zapowiedziała już budowę Elektrowni Północ na Pomorzu, a także nowych mocy opartych na węglu na Białorusi.

Strategicznym celem jest przejęcie jednej z grup energetycznych. Dariusz Mioduski, prezes Kulczyk Investments, mówił „DGP”, że Enea pasuje do strategii spółki. Za polskim, a nie zagranicznym inwestorem opowiedzieli się nawet związkowcy. Wolą Kulczyka, bo ostatnie decyzje Vattenfalla i RWE pokazują, że europejscy gracze nie chcą budować nowych węglowych elektrowni.

Tymczasem to polski strategiczny surowiec, którego nam nie zabraknie. Kozienice należące do Enei to największa w naszym kraju elektrownia opalana węglem. Spółka energetyczna chce ją rozbudować.

To mogłoby świadczyć na korzyść spółki Kulczyka, który nie wzbrania się przed inwestycjami w bloki opalane węglem. Jeżeli jednak jedynym kryterium przy wyborze inwestora będzie cena, polską ofertę mogą przebić Francuzi.

– Kulczyk Investments w kilku innych projektach udowodnił, że umie liczyć pieniądze i o Eneę nie będzie walczyć za wszelką cenę – uważa jeden z naszych rozmówców.

Iberdrola w grze

Kilku naszych rozmówców nie wyklucza, że do walki o Eneę być może włączą się także Włosi z Enela poprzez kontrolowany przez nich słowacki Slovenske Elektrarne. Wśród innych zainteresowanych Eneą jest także mocna hiszpańska Iberdrola oraz czeski Energeticky a Prumyslowy Holding (EPH), który wczoraj w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów złożył wniosek o zgodę na przejęcie Enei.

Wabikiem dla branżowych inwestorów może się okazać spory zasób gotówki na koncie Enei. Pod koniec czerwca poznański koncern dysponował ponad 2,6 mld zł przeznaczonymi na inwestycje. O tym, czy wyda je na rozbudowę Kozienic, będzie decydował ten, kto kupi spółkę.

Obecnie akcjonariuszami koncernu są Skarb Państwa (należy do niego 60,43 proc. udziałów; w tej puli jest również 9,43 proc. akcji pracowniczych) i szwedzki Vattenfall (18,67 proc.), któremu marzy się szybkie wyjście z Enei.

Ile z transakcji trafi do budżetu? Według wczorajszego kursu 51-proc. pakiet Enei był wart blisko 5 mld zł. Skarb może jednak liczyć na więcej. Inwestorzy do ceny muszą jeszcze doliczyć premię za przejęcie kontroli. A to może oznaczać od 5 do maksymalnie 15 proc. nadwyżki. Wówczas skarb mógłby dostać nawet 5,7 mld zł.