ROZMOWA

MICHAŁ FURA:

W ubiegłym roku amerykańskie dzienniki zwolniły kilka tysięcy dziennikarzy. Nie było praktycznie wydawcy, który nie zmniejszyłby zatrudnienia. Według serwisu Mediafinder.com aż 428 magazynów zniknęło z rynku. To koniec dziennikarstwa?

MICHAEL WOLFF*:

To koniec tego, do czego przywykliśmy. Ale tam, gdzie coś umiera, rodzi się coś nowego. Zapotrzebowanie na informacje nie zmalało. Odwrotnie – jest większe niż kiedykolwiek wcześniej. Ludzie dzięki internetowi i nowym technologiom przywykli do stałego dostępu do newsów, chcą wiedzieć coraz więcej i ktoś musi im to umożliwić. Dlatego uważam, że okazji do pracy w biznesie informacyjnym będzie sporo. Jedyny problem polega na tym, że coraz rzadziej ktoś będzie chciał za tę pracę płacić w ogóle lub przynajmniej tyle, ile dotychczas.

Niezbyt pocieszająca perspektywa dla dziennikarza.

Dziennikarstwo newsowe będzie coraz gorzej płatnym zawodem. Jednak praca w gazetach nigdy nie była lukratywnym zajęciem. Reporterzy zawsze wykonywali najcięższą robotę, a na drugi dzień i tak najwięcej zarabiała na tym telewizja, która mogła przyciągać wielomilionową widownię.

Przyszłość miesięczników, takich jak „Vanity Fair”, moja macierzysta redakcja, rysuje się w jaśniejszych barwach niż przyszłość prasy codziennej. Internet nie zastąpi magazynów, tak jak wypiera dzienniki. Magazyny zaspokajają inne potrzeby, są marką, z którą ludzie chcą obcować. I gotowi są za to zapłacić.

Sytuacja, w jakiej znalazły się gazety, to zdaniem wydawców nie wina tego, że internet jest od nich szybszy, tylko że kradnie ich pracę. Pan też ma serwis – Newser.com – któremu wydawcy zarzucają kradzież treści.

To Rupert Murdoch powiedział, że kradnę jego informacje, gdy usiłowałem wytłumaczyć mu ideę działania mojego serwisu. Nie ma jednak racji. Jego podejście doskonale odzwierciedla mentalność wydawców i powody, dla których wielu z nich dziś narzeka, zamiast zgarniać kokosy na boomie informacyjnym.

A dlaczego ich nie zgarniają?

Bo nie zrozumieli w porę internetu i przegapili moment na inwestycje. Gdyby „New York Times” kupił kilka lat temu za zupełne grosze Craiglist, serwis, który zabrał gazetom ogłoszenia drobne, nie miałby dziś problemu z przychodami. Tymczasem wydawca taką ofertę odrzucił, nie widząc w niej przyszłości. Lepszego przykładu ignorancji podawać nie trzeba. Wracając do mojego serwisu, to nieprawda, że cokolwiek kradniemy. Każda profesjonalna redakcja, przygotowując tekst do druku, korzysta z wielu źródeł. My robimy to samo – na podstawie wielu źródeł przygotowujemy dużo krótsze własne teksty.

Nie wszyscy wydawcy się z tym zgadzają. Murdoch powiedział „nie” darmowej informacji w sieci i zamknął dostęp do internetowych wydań swoich dzienników „The Times” i „The Sunday Times”. Wydawcy z nadzieją liczą, że Murdoch uratuje w ten sposób prasę.

Jeśli Murdoch chce uratować kogokolwiek, to tylko siebie. Los innych gazet mało go obchodzi. Rupert pochodzi ze starej szkoły i postrzega rynek prasowy przez pryzmat ciągłej wojny. W myśl tej zasady zwycięzca bierze wszystko, więc konkurencję trzeba wyeliminować, a nie podawać jej pomocną dłoń.

W ciągu dwóch tygodni 10 proc. zarejestrowanych użytkowników, czyli jakieś 15 tys. osób, zgodziło się płacić za czytanie „Timesa” w internecie. Pana zdaniem to porażka?

To tak, jakby nie było tam nikogo. Co gorsza, moim zdaniem ta liczba będzie nawet spadać, bo te same, a często lepsze treści ludzie mają wszędzie indziej za darmo. Pojawią się też pytania o ich potencjał dla reklamodawców. Przecież nie będzie tak, że w jednym momencie 15 tys. będzie czytać teksty „Timesa”. Reklamodawca zapyta: „Hej, Rupert, ilu masz dzisiaj czytelników?”, a jedyne, co usłyszy, to: „Hm, może było ich sześćdziesięciu”. Współczuję dziennikarzom, którzy pracują dla „Timesa”. Wprowadzając opłaty, Murdoch zabrał im jedyną walutę, jaką mają, czyli czytelników.

Dlaczego Rupert Murdoch myśli, że może wygrać z internetem?

Bo jest stary i nie wie, z czym walczy. Ma 79 lat. Rządzi jednym z największych imperiów medialnych świata, a nie używa nawet powszechnej dziś poczty elektronicznej. Na temat nowoczesnych technologii nie wie nic i, szczerze mówiąc, niewiele go to obchodzi.