Ropę pod Karlinem już mieliśmy...

Był 9 grudnia 1980 r., kilka miesięcy wcześniej powstała „Solidarność”, a za kilka dni Czesław Miłosz odbierze Nagrodę Nobla. We wsi Krzywopłoty pod Karlinem asfaltowa droga zamienia się w lepką maź. Dzieje się tak za sprawą 130-metrowego słupa ognia o temperaturze sięgającej 900 stopni, rozświetlającego okolicę w promieniu kilkunastu kilometrów. Płoną ropa i gaz z uszkodzonego szybu.

Choć pożar udaje się ugasić dopiero po miesiącu, cała Polska zaczyna żyć doniesieniami o wielkiej ropie w Karlinie. Czytelnicy zasypują „Życie Warszawy” i „Trybunę” propozycjami, jak wykorzystać niespodziewane bogactwo. „Przez kraj przechodzi fala entuzjazmu – nareszcie mamy własną ropę” – relacjonuje „ŻW” 23 grudnia. Reporterzy z zaangażowaniem opisują miejsce katastrofy: „Oto płomień wysubtelniał, nabrał strzelistości, z metalicznym trzaskiem przecina powietrze”.

Karlino odwiedzają m.in. I sekretarz KC PZPR Stanisław Kania i przewodniczący „S”. Rosną nadzieje, że staniemy się już nie, jak zapowiadał Wałęsa, drugą Japonią, ale drugim Kuwejtem. Taka droga byłaby nawet lepsza dla kraju pogrążającego się w ciężkim kryzysie gospodarczym.

Jednak wielka ropa znika równie szybko, jak się pojawiła. W 1983 r. do rafinerii odjeżdża ostatnia cysterna. Wiara w podziemne bogactwa jednak pozostaje. – Do tej pory spotykam ludzi przekonanych, że mamy wielkie złoża, ale tylko Ruscy kazali wszystko zaczopować – mówi Andrzej Szcześniak, ekspert rynku paliw płynnych.

Polska na wielkim gazie

Z naftą nam nie wyszło, za to trzydzieści lat później może wyjść z gazem. Firma doradcza Wood Mackenzie oszacowała, że pod polską ziemią kryje się 1,4 bln m sześc. gazu z łupków. Jeszcze większymi optymistami są specjaliści z Advanced Research, którzy oceniają polskie zasoby nawet na 3 bln m sześc. Według nich mielibyśmy tyle gazu, ile bogaci w tradycyjne złoża Norwegowie. Pozwoliłoby to zaspokoić nasze zapotrzebowanie przez z grubsza 200 lat i eksportować surowiec do innych państw. Na razie gaz krajowy zapewnia tylko 30 proc. popytu, a ropa jeszcze mniej, bo 5 – 6 proc.

Szacunki obu firm, podane na styczniowej konferencji prasowej wiceministra środowiska Henryka Jezierskiego, wywołały sensację. Policzmy, zastrzegając, że ceny gazu, które są powiązane z cenami ropy, ulegają znacznym wahaniom. Przyjmując, że tysiąc metrów sześciennych kosztuje 300 dol., 3 bln m sześc. daje nam 900 mld dol., czyli z grubsza 2,7 bln zł. To tyle, ile 11-letnie dochody państwa! Tegoroczna dziura w finansach publicznych w wysokości 100 mld zł wydaje się przy tym drobnostką.

Dlatego media nie bawią się w niuanse. „Pomorze jak Katar. Ruszają odwierty gazu łupkowego”, „Polska gazowym eldorado”, „Polskie sny o szejkanacie” – to tylko niektóre tytuły, jakie pojawiły się w gazetach w ciągu ostatnich miesięcy.

Atmosferę podgrzewają politycy. „To historyczna chwila dla Polski” – mówił przed miesiącem o pierwszym odwiercie PGNiG w Markowoli na Lubelszczyźnie wiceminister skarbu Mikołaj Budzanowski. „Jest szansa na to, aby Polska stała się – nie chcę przesadzać – za 10 – 15 lat drugą Norwegią” – powiedział minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski w TVN 24 w czerwcu, powołując się na rozmowy z szefami światowych koncernów, które szukają gazu w Polsce. Sikorski nazywa szybki rozwój niekonwencjonalnych złóż gazu „gorączką złota XXI wieku”.

Trzeba przyznać, że nie tylko my mamy nadzieje na wielkie pieniądze. Kwestia polskiego gazu łupkowego jest szeroko komentowana w zagranicznej prasie, żywotnie interesuje zachodnie koncerny, a szefowa amerykańskiej dyplomacji Hillary Clinton powiedziała przed miesiącem w Krakowie, że przystąpienie Polski do globalnej inicjatywy w sprawie jego wydobycia to znak „wiodącej roli naszego kraju w światowym sektorze energetycznym”. Premier Donald Tusk również dał się ponieść emocjom, gdy zaczął mówić o możliwości renegocjacji kontraktu stulecia z Gazpromem.

Poszukiwania rozpoczęte

– Każdy chce być młody i bogaty – komentuje gazową psychozę minister Jezierski. I studzi nadzieje. Firmy konsultingowe zrobiły porównanie warunków geologicznych w USA i Europie. Z zestawienia wynika, że na Starym Kontynencie właśnie Polska ma największy potencjał do poszukiwań. Jednak na podstawie pojedynczych odwiertów niewiele można powiedzieć. Dopiero po gruntownych badaniach, najwcześniej za cztery lata, będziemy wiedzieć, czy jest gaz i czy opłaca się go eksploatować.

– To gruszki na wierzbie, manipulacje, pretekst, by nie podpisywać umowy gazowej z Rosją. Najpierw niech rząd się rozliczy z poprzednich bajek, jak rurociąg Odessa – Brody czy gazociąg z Norwegii. Amerykanie szacują złoża, a Polski na oczy nie widzieli – nie owija w bawełnę Andrzej Szczęśniak, były prezes Polskiej Izby Paliw Płynnych.