Analizując propozycję SLD dotyczącą opodatkowania aktywów bankowych podatkiem wysokości 0,3 proc., warto zastanowić się, z czego pomysł tego projektu ustawy wypływa – z przesłanek ideologicznych czy też dziecięcej naiwności, że pieniądze biorą się z banku, a ściślej z bankomatu. Bo nie jest to raczej efekt rzeczowej analizy ekonomicznej. Nawet przy założeniu szlachetnych intencji myślenie takie, jak to zaprezentowane przez posłów SLD, jest charakterystyczne dla osób, które uważają, że jeśli komuś brakuje pieniędzy, bez znaczenia, czy jest to osoba fizyczna, przedsiębiorstwo, czy jak w tym przypadku rząd, to może je sobie wziąć z banku lub szerzej z systemu bankowego. Osoby posługujące się tą logiką zapominają lub po prostu nie wiedzą, że banki dysponują przede wszystkim oszczędnościami swoich klientów, a ewentualne obowiązkowe opłaty czy wprost mówiąc, podatki, przeniosą bezpośrednio lub pośrednio na swoich pożyczko- lub kredytobiorców, na ludzi, którzy mają w bankach swoje konta i lokaty.

To opodatkowanie kredytów

Pomysł opodatkowania aktywów bankowych można więc w pewnym uproszczeniu nazwać opodatkowaniem sumy pożyczek i kredytów bankowych. Słuchając takiego postulatu, trudno oprzeć się wrażeniu, że banki – dla lewicy zapewne w kategoriach ideologicznych będące uosobieniem kapitalisty – chce się obciążyć za niefrasobliwość poprzednich kilku rządów. To bardzo krótkowzroczne myślenie. Już teraz można stwierdzić, że byłby to podatek generujący dodatkowe koszty poboru, a te, jak wspomniano powyżej, najprawdopodobniej zostałyby przeniesione na klientów przez wzrost prowizji lub marż.

Dostrzegając wady tego rozumowania, nie można jednak nie zauważyć, że ta dalece niedoskonała propozycja jest jedyną konkretną propozycją naprawy finansów publicznych, przedstawioną przez przedstawicieli opozycji. W tej sytuacji niezmiernie trudno jest oprzeć się wrażeniu, że opozycja w Polsce nie ma żadnych przemyśleń dotyczących poważnych działań w celu rzeczywistej i trwałej poprawy sytuacji. Jej aktywność, jak dotąd, przejawia się jedynie w krytyce rozwiązań proponowanych przez rząd.

Uprościć system podatkowy

Gdybyśmy jednak chcieli przyjrzeć się najnowszej propozycji SLD z życzliwością, to uniemożliwia to czysta kalkulacja. Przychody budżetowe z rozwiązania, które proponuje lewica, byłyby bowiem symboliczne. Według wyliczeń SLD byłoby to ok. 3 mld zł. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że ta suma może być niedoszacowana, to i po korekcie będzie ona zaledwie ułamkiem oszczędności, jakich poszukuje obecny rząd.

Zwolennicy owego rozwiązania mogliby powołać się na Węgry, które zastosowały taki właśnie, jak proponowany, podatek dla aktywów bankowych. Jednak byłby to przykład co najmniej niefortunny. Finanse tego kraju są w ruinie, tak na marginesie na skutek ośmioletnich rządów węgierskich socjalistów, a kraj pogrążony jest w głębokim kryzysie. Tam działania muszą być znacznie bardziej radykalne.

W naszym przypadku tworzenie tak kulawego rozwiązania jest nieuzasadnione. To, co robią inni, może i powinno być analizowane, ale niekoniecznie bezkrytycznie naśladowane. Zamiast szukać nowych kozłów ofiarnych do złożenia na ołtarzu niefrasobliwości rządzących, warto się zastanowić, jak zwiększyć produktywność gospodarki i odwołać się do własnych, dobrych doświadczeń i wzorców. Jakich? Choćby tych z początku lat 90., znanych jako ustawa Wilczka i plan Balcerowicza. Zatem należałoby przywrócić zakres swobód gospodarczych z tamtego okresu poprzez zmniejszenie stopnia zbiurokratyzowania gospodarki i znaczne uproszczenie nieefektywnego dzisiaj systemu podatkowego. Inspiracją dla posłów SLD powinna być raczej decyzja rządu Leszka Milera o wprowadzeniu 19-proc. CIT i PIT dla prowadzących działalność gospodarczą, niż wymyślanie nowych tytułów podatkowych. Reasumując, podatki powinny być przede wszystkim sprawiedliwe i równe oraz tanie w poborze i efektywne ekonomicznie. Tych kryteriów podatek zaproponowany przez posłów SLD nie spełnia.