Jedyny w tym roku konkurs na unijne wsparcie na założenie własnego biznesu internetowego rozpoczął się tydzień temu i już zdążył wśród przedsiębiorców wzbudzić spore kontrowersje. Wszystko przez nową klauzulę, która pojawiła się w umowie o przyznanie dotacji. Według niej w przypadku spółki z ograniczoną odpowiedzialnością lub spółki akcyjnej zabezpieczeniem dotacji jest weksel, który muszą poręczyć jej udziałowcy lub wszyscy członkowie zarządu. Jeśli przedsiębiorcy powinie się noga i nie uda mu się postawić nowej e-firmy na nogi, to będzie musiał z własnego majątku zwrócić otrzymane pieniądze.

Według Rafała Poździka, dyrektora departamentu społeczeństwa informacyjnego w resorcie spraw wewnętrznych i administracji (nadzoruje on wydawanie środków unijnych na e-biznes), to rozwiązanie ma zwiększyć zabezpieczenie właściwego wydatkowania środków publicznych. – Wspieramy młode firmy, które nie mają doświadczenia, przychodów ani majątku – mówi Rafał Poździk.

Tłumaczy, że w przypadku bankructwa firmy, która dostała dofinansowanie, nie będzie można odzyskać unijnych pieniędzy, to zapłaci za to budżet państwa. Resort długo konsultował nowe zasady, by były one jak najmniej uciążliwe dla firm. Wprowadzenie np. poręczenia bankowego podniosłoby koszty firmy starającej się o środki UE.

– Gdybym miał odpowiadać za unijną dotację własnym majątkiem, nie zdecydowałbym się na start w konkursie – mówi „DGP” Łukasz Łuczak, prezes spółki Weblify, która w ubiegłym roku dostała e-dotację na portal Lokter.pl. Według niego biznes internetowy jest zbyt dynamiczny, by podejmować takie zobowiązanie na kilka lat. Tymczasem poręczenie weksla przez wspólników lub członków zarządu może obowiązywać przez pięć lat lub dłużej.

W opinii Kiejstuta Żaguna, eksperta KPMG, nowe zasady spowodują mniejsze zainteresowanie e-wsparciem oraz wpłyną na wysokość dotacji, po które będą występowali przedsiębiorcy. Będzie ona niższa.