To będzie gigantyczny program gospodarczy. Tylko postawienie dwóch pierwszych elektrowni jądrowych, zatwierdzone już przez rząd, pochłonie 20 mld euro, czyli z grubsza tyle samo, ile cała, istniejąca i planowana, sieć autostrad w Polsce. Wpływ inwestycji w atom na gospodarkę będzie jednak daleko większy, bo prace przy dwóch elektrowniach potrwają 5 – 7 lat, a autostrady buduje się jeszcze od czasów Hitlera i końca projektu nie widać.

Podchody pod atom

Na warszawskim Okęciu coraz częściej lądują przedstawiciele zagranicznych koncernów energetycznych, producentów reaktorów i potentatów budowlanych. Badają teren, szukając podwykonawców i nawiązując kontakty polityczne.

Głównym inwestorem pierwszych dwóch elektrowni jądrowych będzie Polska Grupa Energetyczna (PGE), największy krajowy producent prądu z ponad 40-procentowym udziałem w rynku. Do konsorcjum, które ma powstać jeszcze w tym roku, dobierze sobie jednego lub więcej partnerów branżowych, zachowując 51 proc. udziałów. Wśród potencjalnych współinwestorów, którzy dostarczą know-how i pomogą przy budowie i zarządzaniu elektrowniami, wymienia się takie firmy, jak francuski Electricite de France (EdF), niemieckie RWE czy szwedzki Vattenfall.

Nie tylko w Polsce nawet największa firma energetyczna nie jest w stanie udźwignąć sama takiej inwestycji. Przeważnie tworzone są konsorcja. Na przykład w Rumunii elektrownię w Czernowodzie buduje obok lokalnego państwowego koncernu energetycznego pięć firm z branży – czeski CEZ, włoski Enel, francuski EdF, hiszpańska Iberdrola, niemiecki RWE oraz duży odbiorca energii z indyjskim rodowodem ArcelorMittal. Istna wieża Babel.

Za faworyta starań o bliską współpracę z naszym PGE uchodzi EdF. Jeśli rzeczywiście wygra, można przyjąć za pewnik, że kupimy reaktory także od Francuzów z Arevy. Obie firmy idą ręka w rękę, w środę podpisały nawet pod auspicjami Pałacu Elizejskiego partnerstwo strategiczne. Francja ma ogromne doświadczenie w energetyce jądrowej (aż 80 proc. wytwarzanej tu energii pochodzi z atomu) i chce je wykorzystać do ekspansji zagranicznej. Paryż chce zarobić na obecnym światowym renesansie energii jądrowej i ze swoich firm uczynić największego na świecie atomowego gracza. Prezydent Nicolas Sarkozy zabiega o kontrakty, bez skrupułów wykorzystując swoje wpływy, skąd przylgnął już do niego przydomek „atomowy domokrążca”. Teraz zaś Polska potrzebuje jego poparcia, by storpedować unijne plany podwyższenia z 20 do 30 proc. skali obowiązkowej redukcji emisji CO2 do 2020 roku, co zagraża naszemu przemysłowi.

Choć swoje reaktory chcą nam sprzedać także Rosjanie, Koreańczycy czy Kanadyjczycy, obok francuskiej Arevy najbardziej liczą się na tym polu dwa koncerny amerykańskie: Westinghouse i General Electric. Większościowe udziały w tym pierwszym kupili zresztą w 2006 r. Japończycy za 5,4 mld dol., słusznie przewidując powrót atomowego boomu. Również GE współpracuje z Japończykami z Hitachi. Japonia jest atomową potęgą – rozpoczęła swój pokojowy program jądrowy w latach 70. po wojnie izraelsko-arabskiej i wybuchu wielkiego kryzysu energetycznego. Obecnie zajmuje trzecie miejsce na świecie pod względem liczby czynnych reaktorów.

– Najtańszą ofertę w Polsce złożą zapewne dostawcy z Korei Południowej, bo ich rząd subsydiuje eksport – ocenia Andrzej Strupczewski, przewodniczący Komisji Bezpieczeństwa Jądrowego. Koreańczycy pokonali właśnie uchodzących za faworytów Francuzów w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, zdobywając zlecenie na cztery reaktory. – Francuskie urządzenia są licencjonowane na całym świecie, a koreańskie na razie tylko w tym kraju. Nie można więc powiedzieć na pewno, że są tej samej klasy. A to też trzeba brać pod uwagę – zastrzega jednak Strupczewski.

Stawiając na rozwój energetyki jądrowej, Polska nie jest wyjątkiem. Na całym świecie odkurza się stare plany, które zarzucono zaraz po Czarnobylu, jak we Włoszech, gdzie w 1987 r. parlament zakazał takich inwestycji. Przerwano też prace nad Elektrownią Jądrową Żarnowiec – w 1990 r. podjęto decyzję o jej likwidacji. W kolejnych latach oddawano jeszcze do użytku elektrownie, których budowę wcześniej rozpoczęto, ale ostatnich 10 lat było już okresem posuchy.