Pod względem dostępu do szerokopasmowej sieci stacjonarnej jesteśmy na szarym końcu Unii Europejskiej. Jak wynika z najnowszego raportu Urzędu Komunikacji Elektronicznej, ledwie jeden na ośmiu Polaków ma takie połączenie. Choć powstają nowe łącza stacjonarne i rośnie liczba użytkowników korzystających z internetu mobilnego to wciąż na tle Europy pozostajemy cyfrową prowincją.

– Budowa infrastruktury to dopiero początek. Co z tego, że na rozwój teleinformatyki w Polsce z funduszy unijnych na lata 2007 – 2013 jest przeznaczone około 15 mld zł, w tym 5 mld zł na rozwój dostępu do szybkiego internetu, skoro blisko 13 mln ludzi z tego nie skorzysta – ostrzega Krzysztof Głomb prezes stowarzyszenia „Miasta w internecie” – To cyfrowi analfabeci – dodaje i tłumaczy, że z internetu nie korzystają, bo nie potrafią i nie chcą się tego nauczyć, bo nie wiedzą, w czym mogłoby im się to przydać.

– Kolejne rządy całkiem o nich zapomniały – mówi. Zamiast tego skupiano się tylko na zakupach nowoczesnego sprzętu. – I tak w urzędach na Podlasiu aż 95 procent pracowników ma komputer, tyle że nikła z tego pomoc dla zwykłych ludzi. Oni z technologii nie korzystają.

Dziury w sieci

Teoretycznie jest plan, by to poprawić. Zgodnie z wytycznymi UE rząd przygotowuje rewolucję cyfrową. W 2015 roku wszyscy obywatele w Polsce powinni mieć dostęp do internetu, tak jak do wody czy gazu. Nowe budynki wielorodzinne zostaną przystosowane do okablowania, tak by firmy nie miały trudności z doprowadzeniem internetu. A jeśli zajdzie potrzeba, aby urządzenia infrastruktury telekomunikacyjnej przeprowadzić przez teren prywatny, gmina będzie to mogła zrobić nawet bez zgody właściciela.

Wszystko to zakłada ustawa o wspieraniu rozwoju usług i sieci telekomunikacyjnych, która ma przyspieszyć rozwój rynku telekomunikacyjnego i zlikwidować białe plamy na mapie Polski – obszary, na których nie ma dostępu do internetu czy telefonu.

Rzeczywistość jednak jest znacznie mniej kolorowa. Ledwie 13,5 proc. Polaków ma dostęp do sieci szerokopasmowej – za nami, tradycyjnie, są tylko w Rumunia i Bułgaria. Te trzynaście z haczykiem procent to i tak tylko średnia, bo jak się okazuje, regionalnie sytuacja bywa jeszcze gorsza. Kiedy na Mazowszu do nowoczesnej sieci stacjonarnej podłączonych jest 16 proc. mieszkańców, to w województwach: świętokrzyskim, opolskim, i lubuskim, taki dostęp ma zaledwie niewiele ponad 2 proc. ludzi! – A to i tak tylko wynik zawyżany przez miasta. Na terenach o luźnej zabudowie, czyli wsiach, stacjonarna sieć praktycznie nie występuje – mówi Jacek Pietrusiak, koordynator programu budowania społeczeństwa informacyjnego z Fundacji Wspomagania Wsi.

E-konkurencja

Oczywiście to nie tak, że skoro nie ma internetu stacjonarnego, to ludzie nie mają zupełnie do niego dostępu. – Jak ktoś bardzo chce, to go zdobędzie: mobilny, radiowy czy nawet satelitarny. I tak właśnie radzą sobie mieszkańcy prowincji – dodaje Pietrusiak. Stąd właśnie wziął sie ogromny skok zainteresowania internetem mobilnym, jaki w ostatnich miesiącach zaobserwowali operatorzy komórkowi. I sporo na tym zarobili. Ledwie w ciągu roku blisko dwukrotnie wzrosła liczba jego abonentów, tak że już co dwudziesty Polak, czyli 5 proc., ma dostęp do szerokopasmowej sieci mobilnej. A to dopiero początek. Według najnowszej analizy firmy doradczej Frost & Sullivan w 2009 r. wartość tego rynku wynosiła w państwach Europy Środkowo-Wschodniej 1,1 miliarda euro, w roku 2014 będzie to aż 5,2 miliarda euro. Rozwijać ma się oczywiście także sieć stacjonarna. – Średnio na poziomie 6 – 7 proc. rocznie w ciągu najbliższych pięciu lat – przewiduje Edyta Kosowska, analityk rynku ICT z Frost & Sullivan.

Ale eksperci są pewni: to za mało, by internet stał się realnie dostępny dla wszystkich. – A ta dostępność to wcale nie jego bezpłatność, tylko stworzenie takiej sytuacji, by każdy, jeżeli tylko będzie chciał, mógł się do sieci bez większych problemów podłączyć – tłumaczy Głomb.

UKE uważa, że głównym powodem cyfrowego wykluczenia znacznych części kraju jest brak wystarczającej konkurencji między providerami. Konkurują między sobą tak naprawdę tylko w miastach. Urząd postuluje więc, by na wzór brytyjski podzielić Polskę na kilka regionów i to dopiero w ich obrębie oceniać konkurencyjność rynku.