Do końca nie wiadomo, jakie będą finansowe skutki powodzi. Niektórzy ekonomiści – jak Janusz Jankowiak z Polskiej Rady Biznesu – szacują je na około 10 mld zł. Gdyby rząd miał je pokryć w tym roku, to według ekonomisty bez nowelizacji budżetu by się nie obeszło. Sytuacji nie uratowałyby nawet wyższe dochody od planowanych, bo one z mocy prawa zmniejszają deficyt. Do zwiększenia wydatków konieczna byłaby właśnie nowela ustawy budżetowej.

Ale rząd przed nowelizacją się wzbrania. Wiceminister finansów Ludwik Kotecki tłumaczy, że wydatki popowodziowe nie będą problemem tego roku – tylko roku 2011.

– W tegorocznym budżecie skutki powodzi nie będą zbyt widoczne. Koszty doraźnej pomocy powodzianom w skali całego budżetu nie są duże – mówi wiceminister. I dodaje, że nakłady choćby na odbudowę infrastruktury będą dużo większe. – Tyle że te będziemy ponosić w większej części już w 2011 roku. Prawdopodobieństwo nowelizacji tegorocznego budżetu jest więc bardzo niskie. Przesunięcia między kategoriami wydatków nie wymagają nowelizacji budżetu – mówi wiceminister.

Niektórzy ekonomiści, jak Adam Czerniak z Invest-Banku, uważają, że znowelizowanie budżetu mogłoby zostać źle odebrane przez rynek. I rząd zapewne tego się obawia. Na tym etapie musiałoby się wiązać ze zwiększeniem deficytu (bo wielkość dochodów za cały rok trudno byłoby oszacować). A zwiększanie deficytu w obliczu ogólnoeuropejskiego strachu przed narastaniem kryzysu fiskalnego nie jest dobrym pomysłem.

– Nie należy się spodziewać nowelizacji budżetu, to jest ostateczność. Będziemy mieli raczej do czynienia z przesunięciami między kategoriami poszczególnych wydatków. Poza tym część z nich może zostać poniesiona poza budżetem, np. wydatki na drogi, za których finansowanie odpowiada Krajowy Fundusz Drogowy – mówi Adam Czerniak.

Ocena, jakie powódź będzie miała skutki dla przyszłorocznego budżetu, jest głównym powodem, dla którego rząd spóźnia się z przekazaniem partnerom społecznym założeń budżetowych na 2011 rok. Rada Ministrów czeka, aż koszty kataklizmu podliczą poszczególni wojewodowie. Zgodnie z prawem założenia powinny być znane najpóźniej w połowie czerwca – tymczasem możliwe, że poznamy je dopiero pod koniec miesiąca. Rząd potrzebuje jednak czasu, bo, jak mówi „DGP” wiceminister Kotecki, zamierza uwzględnić koszty powodziowe już na etapie założeń.

Jeśli jednak szacunki ekonomistów są trafne i wydatki trzeba będzie zwiększyć o 10 mld zł w przyszłym roku, rząd stanie przed trudnym wyborem. W przyszłym roku ma wejść w życie reguła, która ma ograniczyć wydawanie pieniędzy przez państwo. Przewiduje ona, że cała pula wydatków w budżecie mogłaby wzrosnąć o inflację powiększoną o 1 pkt proc. Przyjmując założenie, że inflacja średnioroczna w przyszłym roku wyniesie 2,4 proc., przyszłoroczne wydatki powinny wzrosnąć maksymalnie o 3,4 proc. Czyli właśnie o około 10,5 mld zł. Być może niektóre kategorie wydatków zostaną zamrożone, by zrobić miejsce na pieniądze potrzebne na likwidację skutków powodzi.

Ministerstwo Finansów deklaruje, że wydatki w przyszłorocznym budżecie będą konstruowane ostrożnie. Wiceminister Kotecki mówi, że założenia makroekonomiczne – choćby prognoza 3,5-proc. wzrostu gospodarczego – są konserwatywne i taki będzie cały projekt budżetu.

– Kierunek jest oczywisty. W 2009 roku mieliśmy deficyt sektora finansów publicznych na poziomie ok. 7 proc. PKB. Czas stopniowo go zmniejszać – mówi wiceminister.