Coraz mniej złomu, za to coraz więcej aut nowych i mniejszych, ale bardziej wydajnych i w żywszych kolorach – tak za pięć lat według Macieja Janiszewskiego, szefa KPI Sports Cars, importera Porsche w Polsce, będzie wyglądał polski rynek motoryzacyjny. Na ulicach zapewne spotkać też będzie można więcej niż obecnie hybryd i samochodów elektrycznych. Jednak prawie na pewno to nie one będą nadawać ton sprzedaży. Dominować na rynku będą auta, które najchętniej kupuje się już dziś, choć ich parametry sprawnościowe i ekologiczne będą się poprawiać.

Więcej prądu

Maciej Kilim z Toyota Motor Poland nie wyklucza, że w 2012 r. w upowszechnieniu technologii hybrydowej i elektrycznej dojdzie do przełomu. Wtedy na masową skalę rozpocznie się produkcja baterii litowo-jonowych, które dadzą hybrydom możliwość zasilania z zewnętrznego źródła zasilania.

Jednak nawet w takich okolicznościach technologia nie podbije polskiego rynku bez odpowiedniej infrastruktury, umożliwiającej ładowanie baterii w sieci z prawdziwego zdarzenia. A na to na razie się nie zanosi. Kierowcy najprawdopodobniej jeszcze przez długie lata będą skazani na ładowanie takich samochodów w swoich garażach.

– Większy problem w rozwoju hybryd i samochodów elektrycznych czy w ogóle bardziej ekologicznych aut widzę w braku odpowiednich zachęt podatkowych do zakupu takich samochodów – mówi Andrzej Halarewicz, szef JATO Dynamics w Polsce.

Będą zachęty

Polski rząd – w przeciwieństwie do 17 innych krajów Unii – nie kwapi się np. z wprowadzeniem podatku ekologicznego, który obciąża kieszenie użytkowników starszych i bardziej szkodliwych dla środowiska samochodów.

Jednak Halarewicz jest niemal przekonany, że do 2012 r. to się zmieni.

– Nawet jeżeli rząd nie wprowadzi tego podatku sam z siebie, to zapewne wymusi na nim taką regulację Komisja Europejska – mówi.

A taki podatek nakręci na długie lata popyt na auta z segmentu A i B, za które roczne opłaty podatkowe będą znacząco niższe nie tylko od opłat za starsze samochody, ale też za nowe z większymi silnikami.

Jednak nie tylko podatki, także VAT i akcyza uformują kształt rynku na najbliższe lata. Duże znaczenie będzie mieć też kurs waluty.

– Jeżeli wejdziemy do strefy euro, to będziemy mieć stabilny kurs, a co za tym idzie może dojść też do obniżki cen samochodów – uważa Maciej Janiszewski.

Na znaczeniu przybierać też będzie z każdym rokiem wzrastające zapotrzebowanie na drugi samochód w rodzinie. – To dodatkowo zwiększy popyt na samochody z segmentu A i B – mówi Halarewicz.

Łukasz Paździor, szef Mazdy w Polsce, twierdzi, że utrzyma się dominacja samochodów kompaktowych. Stawia na segment C, i to w dodatku w wersji benzynowej. Ale już Maciej Kilim uważa, że samochodom z segmentu B, takim jak yarisy, muszą towarzyszyć auta z segmentu D, takie jak avensis. Jednocześnie Kilim nie wyklucza, że zakupy aut z segmentu D osłabią zainteresowaniem samochodami z segmentu Premium. A to dlatego, że już teraz, a zapewne w przyszłości coraz bardziej ich ceny zbliżać się będą do segmentu D. Już teraz za sprawą nie tak znów dużych różnic w cenach segment D traci dużo klientów na rzecz SUV-ów. Dlatego – jak twierdzi Łukasz Paździor – na tej samej zasadzie w krótkiej perspektywie możemy mieć do czynienia z równie dynamicznym – jak w przypadku SUV – rozwojem rodzinnych vanów.

Dostatek podniesie sprzedaż

– Rozwój polskiego rynku determinują tak naprawdę nie przepisy, nie koniunktura, nie drogi, nie promocje, nie poziom cen, ale tylko i wyłącznie dochód narodowy – uważa tymczasem Adam Pietkiewicz, prezes Polskiej Grupy Dealerów. Przypomina, że rzeczywista pojemność polskiego rynku w warunkach europejskiego poziomu życia to nawet milion nowych aut rocznie. A według niego dojście do takiego poziomu gwarantuje płaca brutto na poziomie 2,5 tys. euro. Obecnie jest to około 800 euro.