Polska jest coraz mniej atrakcyjnym rynkiem dla tanich linii lotniczych, dlatego pod koniec sierpnia Norwegian zamknie działającą cztery lata bazę operacyjną w Warszawie. Ze stolicy Polski odleci na stałe ostatni z trzech ulokowanych tu samolotów. A co z pracownikami? Przedstawiciele linii zapewniają, że około 70 osób zatrudnionych przez polską filię norweskiej linii nie zostanie na bruku. Pilotom i personelowi pokładowemu zaproponowano pracę w Skandynawii. Warunek jest jeden: muszą zdać egzamin z języka norweskiego lub duńskiego.

Nie jest przesądzony los samej spółki. Niewykluczone, że zostanie ona utrzymana. Po co? Tego przedstawiciele Norwegiana na razie nie ujawniają. Jarosław Święcki, dyrektor generalny Norwegian Air Shuttle Polska, mówi natomiast o przyczynach wycofania ostatniego samolotu.

– Strategicznym rynkiem dla Norwegiana jest teraz Skandynawia. Tam linia zdobywa coraz większy udział w rynku, a potencjał rozwoju wydaje się większy niż nasze obecne możliwości sprzętowe – mówi dyplomatycznie.

Dodatkowo niekorzystnie dla nas wygląda porównanie rentowności polskich tras ze skandynawskimi. A to dlatego, że Duńczycy czy Norwegowie płacą średnio za bilety dwa razy więcej niż Polacy. A ponieważ nic nie wskazuje na to, by sytuacja miała się zmienić w dającej się przewidzieć przyszłości, decyzja nie mogła być inna.

Przedstawiciele norweskiej linii zapewniają też, że przynajmniej na razie wycofanie samolotu nie wpłynie znacząco na układ letniej siatki połączeń z Polski. Od września Norwegian przestanie jedynie utrzymywać całoroczne połączenia ze stolicy do Malagi oraz Alicante. Utrzymane będą natomiast trasy sezonowe z Warszawy do m.in. Aten, Burgas, Dubrownika, Splitu oraz na Majorkę. W rozkładzie pozostaną połączenia ze Skandynawii do Warszawy, Gdańska, Szczecina oraz Krakowa, ale będą obsługiwane przez samoloty operujące ze Skandynawii.

Z rentownością tras z Polski problem ma nie tylko Norwegian, ale też inne tanie linie. W ostatnich tygodniach np. Wizz Air zlikwidował cztery połączenia, nawet niedawno zapowiadane z Warszawy do Bristolu.

– W trudnych czasach porty lotnicze i agencje żeglugowe muszą utrzymać opłaty na niskim poziomie – mówi Natasa Kazmer, dyrektor ds. komunikacji Wizz Air. Tłumaczy obrazowo, że problem nie leży w tym, że Warszawa jest droższa od Pragi, ale w tym, że nie jest w stanie przyciągnąć więcej pasażerów niż stolica południowych sąsiadów. W takiej sytuacji trzeba dokonać zmiany po stronie kosztów. A jedyną zmienną są właśnie opłaty.