Resort gospodarki zapewnia jednak, że wybór sposobu finansowania systemu zapasów nie obciąży kierowców.

– Chcielibyśmy przede wszystkim, by wybrany wariant był neutralny dla budżetu państwa i dla końcowego klienta, który kupuje paliwo na stacji benzynowej – deklarują w Ministerstwie Gospodarki.

Celu jednak nie uda się osiągnąć. Koszty funkcjonowania nowego systemu i tak finalnie obciążą kierowców, znajdą bowiem one odzwierciedlenie w cenie paliwa.

Producenci i importerzy paliw – zgodnie z obowiązującymi przepisami – są zobligowani do gromadzenia odpowiedniej ilości rezerw paliw i ropy naftowej. Obciąża to bilanse spółek, ale też portfele kierowców. W 2009 roku dołożyliśmy w efekcie do ceny paliwa 4 gr/l.

Rząd planuje zdjąć z firm obowiązek tworzenia zapasów i wykupić ich rezerwy. Projekt zakłada, że rządowa Agencja Rezerw Materiałowych będzie odkupywać zapasy stopniowo przez 10 lat. ARM co roku zaciągałaby krótkoterminowy kredyt na zakup części zapasów. Spłatę zaciągniętych zobowiązań zapewniłoby wprowadzenie opłaty celowej, zbliżonej do opłaty paliwowej, nałożonej tak jak dotychczas na producentów i handlowców. Rocznie potrzebne byłoby około 1 mld zł.

Istotnym minusem tego rozwiązania jest to, że w ciągu dekady funkcjonowałyby równorzędnie dwa systemy – obecny, na podstawie którego przedsiębiorcy dalej musieliby utrzymywać część zapasów, oraz nowy. Kierowcy ponosiliby koszty funkcjonowania obydwu. Nowy system zakłada, że ceny paliw wzrosną o około 5 gr. W sumie więc w pierwszym roku funkcjonowania obu systemów płacilibyśmy za litr paliwa nawet 9 gr więcej.

Zyskałyby jednak rafinerie. Grupa Lotos na pokrycie zapasów w 2011 roku potrzebowałaby 5 mld zł kredytu.

– Jeśli wejdzie w życie takie rozwiązanie, z roku na rok będzie się poprawiać zdolność kredytowa, zmniejszy się ryzyko związane z przeszacowaniem wartości zapasów. Także ryzyko kursowe będzie się zmniejszać, a nade wszystko zwiększy się zdolność do inwestowania – ocenia Bogdan Janicki, dyrektor biura studiów strategicznych GL.