Zgodnie z wytycznymi Unii Europejskiej, ilości odpadów komunalnych ulegających biodegradacji, które kierowane są do składowania, w 2010 roku nie mogą przekroczyć poziomu 75 proc. tego, co na wysypiska trafiało w roku 1995.

W kolejnych latach ta ilość musi się w dalszym ciągu zmniejszać i w 2013 roku powinna spaść do maksymalnie 50 proc. tej ilości śmieci, która trafiała na wysypiska w roku 1995. W 2020 r. nie może to więcej niż 35 proc.

Kosztowny przerób

Jak uważa Jakub Tyczkowski, dyrektor ds. odpadów w organizacji odzysku Rekopol, Polska może nie wypełnić obowiązków nałożonych przez Brukselę. Stopień utylizacji odpadów nie jest u nas bowiem tak wysoki jak we wzorcowych krajach Unii Europejskiej.

– W Danii czy Francji na wysypiskach składowane jest tylko to, z czym sobie człowiek nie jest w stanie poradzić na tym etapie rozwoju technologicznego. W długoterminowej perspektywie w Polsce taka sytuacja też jest możliwa. Potrzebna jest do tego jednak odpowiednia organizacja systemu, czyli dobre prawo oraz duże pieniądze, gdyż jest to bardzo kosztowne – tłumaczy Jakub Tyczkowski.

Ludzie nie chcą dymu

Tymczasem, według Jakuba Tyczkowskiego, w Polsce np. nie wykorzystuje się energii ze spalania odpadów. Działa u nas tylko jedna spalarnia odpadów komunalnych, czyli tych powstających w gospodarstwach domowych. Znajduje się na Targówku w Warszawie i może spalić około 40 tys. ton odpadów rocznie.

– Aby można było wypełnić dyrektywę unijną, spalarni powinno być kilkanaście – tłumaczy ekspert Rekopolu.

Na przeszkodzie stoi jednak między innymi opór społeczeństwa. Pomysły budowy tego rodzaju obiektów budzą najczęściej zdecydowany protest okolicznych mieszkańców, którzy obawiają się skutków dla środowiska.

Tymczasem problem będzie narastał, jako że według przepisów, do końca tego roku mają zostać zamknięte składowiska, które nie spełniają wymagań. A to oznacza, że wkrótce niektóre gminy nie będą w stanie pozbyć się śmieci zbieranych na ich terenie.