PROCEDURY

W biznesie opartym na naukowych zasadach rozpoznawania rynku i zarządzania procesami nim kierującymi schemat postępowania wygląda tak. Najpierw są badania dotyczące potrzeb uczestników danego rynku (globalnego lub lokalnego). Na tej podstawie powstaje idea nowego produktu, którym zresztą coraz częściej jest produkt już znany, a teraz obecnie nieco inaczej „konfekcjonowany” – tak, by pokonał produkty istniejące już na rynku w starej postaci (przedsiębiorcy mówią tu o budowaniu przewagi konkurencyjnej). Następnie produkt ten jest testowany – prowadzone są kolejne badania rynkowe, które pozwolą oszacować, czy produkt ten ma szanse na rynku i czy w ogóle warto inwestować w jego produkcję; a jeśli tak, to w jakiej skali. Gdy badania zakończą się pomyślnie, kolejne służby zastanawiają się nad skuteczną techniką wprowadzenia go na rynek – od informacji, przez promocję aż do reklamy. Dopiero potem produkt trafia do sprzedaży.

Co się sprzedaje

Oczywiście na profesjonalne przeprowadzenie tych procedur trzeba mieć sporo pieniędzy. Jednak nawet przy skromnych środkach, jakie na start może przeznaczyć firma rodzinna, można ów schemat skopiować w zakresie niezbędnym dla własnych potrzeb.

Trzeba tu zresztą obalić pewien mit. W jego myśl pomysł musi być genialny i unikalny, niemal jak wynalezienie prochu czy co najmniej cudownego lekarstwa. Oczywiście taki pomysł jest najlepszy. Ale tego typu idee trafiają się równie rzadko, jak główne wygrane w grach losowych. Tymczasem zamiast grać namiętnie np. w Dużego Lotka, możemy drobne nadwyżki inwestować na giełdzie. I jeśli nawet tę drogę wybierze bardzo wiele osób, to przy pewnej dozie determinacji, kwalifikacjach i odrobinie szczęścia może nie zdobędziemy tam jeszcze fortuny, ale uda się nam z pewnością zgromadzić całkiem pokaźny kapitał.

Dokładnie taki sam schemat powinien nami powodować przy szukaniu pomysłu na własny biznes.

Czasami wystarczy wykorzystać pewne mody i zainteresowania regionalne, np. w Warszawie całkiem dobrze funkcjonują ruchome stoiska oferujące krakowskie bajgle, a mnożące się jak grzyby po deszczu bary sushi wypierają wietnamsko-chińskie knajpki, a nawet pizzerie.

Oczywiście mody przemijają, w ślad za pomysłodawcą natychmiast podążają naśladowcy i chwilowa tak zwana przewaga konkurencyjna przestaje być przewagą. Trzeba więc szukać kolejnych pomysłów albo – mając już pewien atrybut w postaci zarobionych, nadających się do zainwestowania pieniędzy – szukać dla siebie miejsca na standardowym rynku.

Zamiast głowić się nad wymyśleniem prochu, powinniśmy spróbować odpowiedzieć na pytanie: czy jest tu do sprzedania „coś”, na co byłby zbyt. To „coś” to zarówno towar (towary), jak i usługa. I to rozumiane bardzo szeroko. Mogą to więc być produkty zupełnie nowe, nieobecne na danym rynku, choćby nowinki podpatrzone za granicą.