Od początku roku TFI unikają wprowadzania do oferty funduszy akcji, choć od miesięcy zarządzający przekonują, że aktualne kursy spółek na GPW sprzyjają zakupom. Teraz TFI zachęcają klientów bezpiecznymi funduszami z ochroną kapitału lub funduszami otwartymi, w których zarządzający mają starać się o utrzymanie jak najwyższej wartości jednostki uczestnictwa z nastawieniem na ochronę wpłaconych pieniędzy. I chociaż akcje w przypadku większości spółek można teraz kupić o kilkadziesiąt procent taniej niż rok temu, towarzystwa nie mają na razie zamiaru tego wykorzystać.

Nie ma w tym nic dziwnego. Reakcje internautów na opinie zarządzających i analityków trudno nazwać wyważonymi. Określenie pseudoanalityk należy do delikatniejszych, ale czy winnymi tej sytuacji powinni się czuć tylko przedstawiciele TFI?

Łańcuszek winnych jest długi. Nie tylko towarzystwa rozkręcały przez ostatnie lata rynek funduszy inwestycyjnych. Oczywiście zarabiały na hossie, ale niemały udział w przychodach ze sprzedaży jednostek i zarządzania mają pośrednicy. A że wyceny akcji i jednostek rosły, ochotę na szybkie zyski mieli wszyscy. Także klienci, którzy przyglądali się kilkudziesięcioprocentowym stopom zwrotu i włączyli się w pogoń za szybkim zyskiem, i pośrednicy, którzy zarabiali na pośrednictwie w sprzedaży funduszy i naciskali na tworzenie przez TFI nowych produktów. Powstaje jednak pytanie o styl, w jakim wszyscy zarabiali pieniądze i jak je traktowali.

Jak ocenić pośrednika i TFI zarabiających na starszej kobiecie, której ubezpieczyciel po śmierci męża zasugerował wpłatę pieniędzy z odszkodowania do funduszu akcji zarządzanego przez towarzystwo z tej samej grupy finansowej. Teraz jej kapitał jest o ponad 20 proc. mniejszy. Jak ocenić człowieka, który mimo znajomości praw rządzących giełdą i kilkuletniego doświadczenia w jednej z gazet finansowych, w czerwcu 2007 r., na samym szczycie hossy wpłacił do funduszy akcji kilkanaście tysięcy złotych, żeby trochę dorobić? Kto wykorzystał sytuację, a komu zabrakło zdrowego rozsądku?