Kredyt "zero procent", oferowany przez wiele sklepów ze sprzętem elektronicznym wydaje się ciekawą alternatywą dla tych, którzy nie chcą pożyczać pieniędzy z banku, by kupić komputer czy telewizor. "Zero procent" stosują także hipermarkety (w ramach wydawanych kart kredytowych) oraz salony samochodowe. Jednak rozwiązanie to nie zawsze jest najtańszym sposobem na finansowanie zakupów - czytamy w najnowszym raporcie Open Finance.

Jak podkreśla Mateusz Ostrowski z Open Finance, w wielu przypadkach pod hasłem "zero procent" rzeczywiście kryją się kredyty bez prowizji i odsetek. A cena kupowanego na kredyt towaru jest po prostu rozbita na 10, 20 lub 30 równych części.

Czytaj więcej na dziennik.pl.

ab

dziennik.pl