Zgodnie z kwietniową zapowiedzią Urzędu Zamówień Publicznych elektronizacja przetargów poniżej progów unijnych (144 tys., 221 tys. oraz 5,548 mln euro, w zależności od rodzaju zamówienia i tego, kto go udziela) zostanie odłożona w czasie. Główny powód to brak systemu e-Zamówień. Zbyt późno ogłoszono przetarg na niego, dlatego nie ma szans, by zaczął działać do 18 października 2018 r., a wówczas – zgodnie z wymogami prawa unijnego – przetargi muszą przejść do internetu. Zdecydowana większość zamówień (ponad 113 tys. w ubiegłym roku) nie jest jednak objęta dyrektywą 2014/24/UE i polski ustawodawca może sam decydować, w jaki sposób mają być one udzielane. Zgodnie z przedłożonym właśnie projektem nowelizacji ustawy – Prawo zamówień publicznych (t.j. Dz.U. z 2017 r. poz. 1579 ze zm.) nie będą one musiały być udzielane w internecie.

– Niestety po raz kolejny okazało się, że jako kraj mamy problem z elektronizacją. Z drugiej jednak strony, warto sobie zadać pytanie, czy wszystko trzeba elektronizować na siłę. Moim zdaniem nie – mówi dr Wojciech Hartung z kancelarii Domański Zakrzewski Palinka.

– Dlatego też uważam, że poniżej progów unijnych powinniśmy zostawić zamawiającym wybór, nawet gdy platforma e-Zamówienia będzie już gotowa. Jest sporo zamawiających, którzy nie udzielają żadnych zamówień powyżej progów. Nie widzę sensu w zmuszaniu ich do elektronizacji, chyba że będziemy mieć dobre i sprawdzone rozwiązanie informatyczne – dodaje ekspert.

UZP zakłada, że zwolnienie mniejszych przetargów z obowiązku organizowania ich w sieci ma być tymczasowe. Od 2020 r. wszystkie zamówienia miałyby już być udzielane w internecie.

Różne formy

Zgodnie z uzasadnieniem projektu odsunięcie w czasie elektronizacji tańszych zamówień pozwoli wykonawcom na lepsze przygotowanie się do składania ofert przez internet. Szczególnie ma to pomóc firmom z sektora MSP. Co więcej, dzięki temu nie będzie ryzyka nagłego spadku zainteresowania publicznymi przetargami.

Nie wszyscy eksperci podzielają jednak ten optymizm.

– Wykonawcy będą musieli dostosowywać się do różnych form dokumentów i oświadczeń wymaganych w zależności od wartości danego zamówienia, co skutkować będzie koniecznością korzystania z dwóch różnych systemów obiegu dokumentów wewnątrz firmy i w kontaktach np. z konsorcjantami. To jedynie zniechęci kolejnych wykonawców do ubiegania się o publiczne kontrakty – uważa Adam Wiktorowski, prawnik i ekspert ds. zamówień publicznych.

Nowelizacja ma też dać czas małym i średnim przedsiębiorcom na wykupienie kwalifikowanego podpisu elektronicznego. Praktycy uważają jednak, że firmy startujące w przetargach i tak będą musiały go mieć. I to nie tylko te walczące o duże zamówienia, ale także te mniejsze. Zgodnie z nowymi przepisami zamawiający nie będą musieli, ale będą mogli organizować procedury w internecie.

– Taka dychotomia w zakresie stosowania środków komunikacji elektronicznej może prowadzić tylko do niepotrzebnych wątpliwości i niepewności. Wykonawca nigdy nie będzie wiedział, jaki tryb komunikacji zostanie wybrany przez zamawiającego w danym postępowaniu poniżej progów unijnych – uważa Dariusz Ziembiński, radca prawny z kancelarii Dariusz Ziembiński & Partnerzy.

– Obawiam się, że takie rozwiązanie wprowadzi tylko zbędny chaos. Wykonawca (w tym ten należący do sektora MSP) będzie bowiem musiał sprawdzać, z jakiego typu postępowaniem ma do czynienia – dodaje ekspert.

Z drugiej jednak strony można też znaleźć argumenty za tym, by zamawiający mogli sami decydować, czy chcą udzielać e-zamówień, czy też wolą tradycyjne przetargi. To szczególnie istotne dla tych, którzy będą posiadać własne rozwiązania informatyczne czy też korzystać z komercyjnych platform. Jeśli bowiem te rozwiązania okażą się efektywne, to zmuszanie zamawiających do papierowych przetargów byłoby pozbawione sensu.

Internetem, a nie faksem

Przy zamówieniach powyżej progów unijnych zamawiający nie będą mieli wyjścia – od października używanie ze środków komunikacji elektronicznej stanie się koniecznością. Od ich decyzji będzie zależeć, czy skorzystają z komercyjnych rozwiązań, czy też zadowolą się platformą, jaką ma zapewnić państwo. Do czasu uruchomienia systemu e-Zamówień podstawową funkcjonalność ma zagwarantować Miniportal.

– Opiera się ono na dwóch już funkcjonujących zasobach elektronicznych – Biuletynie Zamówień Publicznych i ePUAP. Choć więc określamy to jako jeden Miniportal, to w rzeczywistości będą to pewne nadbudowy tych dwóch platform. Nowa aplikacja BZP umożliwi szyfrowanie i zabezpieczenie ofert, natomiast dodatkowe formularze do ePUAP pozwolą na komunikowanie się zamawiających z wykonawcami. Razem pozwoli to na przeprowadzenie postępowania zgodnie z wymogami elektronizacji – wyjaśnia jego funkcjonowanie Hubert Nowak, wiceprezes UZP.

Przy okazji nowelizacji proponuje się wykreślenie faksu z definicji środków komunikacji elektronicznej. Zmiana ta była postulowana od dawna, bo byliśmy chyba jedynym krajem w UE, który traktował tę rzadko wykorzystywaną dzisiaj formę komunikacji na równi z pocztą elektroniczną.

– Od wielu lat sądy administracyjne zwracają uwagę, że wysyłanie informacji pomiędzy urządzeniami faksowymi nie może być uznane za komunikowanie się za pomocą urządzeń tworzących zespół teleinformatyczny, co jest przecież, zgodnie z wolą ustawodawcy, niezbędnym elementem elektronizacji zamówień – zauważa Adam Wiktorowski.

Niepokoi go natomiast inna zmiana – w art. 10a ust. 5 ustawy p.z.p. Zgodnie z nią podpisem kwalifikowanym trzeba będzie opatrywać wyłącznie oświadczenia, o których mowa w art. 25a ustawy p.z.p., w tym jednolity europejski dokument zamówienia

– Nie ułatwi to życia wykonawcom, ponieważ i tak będą musieli oni posiadać kwalifikowany podpis elektroniczny, żeby w ogóle złożyć ofertę. Tymczasem pod znakiem zapytania postawi formę pozostałych dokumentów – zwraca uwagę Adam Wiktorowski.