Nigdy wcześniej Sebastian Buczek, założyciel i prezes spółki Quercus TFI, nie był tak popularny. Zawsze otwarty na kontakty z mediami, od kilku tygodni pojawia się w nich niemal codziennie. Choć nikt oficjalnie takiej funkcji mu nie przydzielił, stał się obrońcą posiadaczy obligacji obracającego wierzytelnościami GetBacku. Rozwijająca się w ekspresowym tempie firma wyemitowała papiery dłużne o wartości ok. 2 mld zł i ma coraz większe kłopoty z ich spłatą. Fundusze zarządzane przez Quercus w obligacje GetBacku zainwestowały w ubiegłym roku 80 mln zł. Na początku kwietnia się ich pozbyły.

– Koszty tej operacji wzięli na siebie akcjonariusze Quercusa, w tym głównie ja sam. Mamy przekonanie, że podjęliśmy słuszną decyzję – mówi Sebastian Buczek.

Giełdowa wycena Quercusa spadła w ciągu trzech tygodni o 100 mln zł. Na zakończenie piątkowej sesji wynosiła 198 mln zł. Za inwestycję w obligacje GetBacku inwestorzy „ukarali” Quercusa z dużym naddatkiem – w najgorszym scenariuszu spółka może bowiem na niej stracić ok. 40 mln zł. Buczek uważa, że ewentualna strata będzie znacznie niższa i zamknie się w kwocie kilkunastu milionów złotych. Kurs akcji Quercusa jest najniższy od pięciu lat. – Z pokorą przyjmujemy aż tak surową karę. Będziemy ciężko pracować, aby inwestorzy znowu chcieli kupować nasze akcje. Popełniliśmy błąd i nie uciekamy od odpowiedzialności. Ale codziennie rano ze spokojem patrzę w lustro – mówi Buczek.

Spokój ducha jest dla prezesa Quercusa ważny. Udowodnił to udziałowcom swojej firmy przed dekadą, kiedy w środku globalnego kryzysu wprowadził Quercusa na rynek NewConnect. Dopiero zaczynał działalność na własny rachunek po 11 latach pracy dla grupy ING. W poprzedzającej debiut ofercie sprzedawał inwestorom akcje po 80 gr. Na zamknięcie pierwszej sesji kosztowały 68 gr. Kurs dalej spadał. Quercus zrobił kolejną emisję, tym razem po 10 gr. Akcje mogli nabyć inwestorzy, którzy w ofercie płacili osiem razy więcej. Dzięki temu uśrednili cenę zakupu do 45 gr. Niektórzy z nich są udziałowcami towarzystwa do dziś. Nawet biorąc pod uwagę ostatnie spadki notowań – wciąż dobrze na tym wychodzą. Zarobili dużo więcej, niż mogliby w tym czasie zyskać na większości innych notowanych na giełdzie spółek.

Choć w branży, w której problem nietrafionych inwestycji najczęściej zamiata się pod dywan, obciążając stratami klientów, Sebastian Buczek wyróżnia się przejrzystością działań i ma opinię człowieka grającego fair, to prezes Quercusa zdaje sobie sprawę, że to za mało, aby giełdowe notowania jego firmy znów rosły. Spadek kursu nie jest tylko reakcją na kryzys GetBacku. Giełdowi inwestorzy przy okazji dostrzegli, że od kilku lat Quercus już się nie rozwija. Wartość aktywów, którymi zarządza firma, przekracza 4 mld zł. To wciąż dużo. Niewiele jest towarzystw niezależnych od dużych instytucji finansowych, które byłyby większe. Każdego roku Quercus zarabia 30–35 mln zł, płaci inwestorom dywidendę, skupuje własne akcje. Jednak na ten poziom spółka weszła już w 2013 r. Wtedy w grupie niezależnych TFI była liderem. Klienci potrafili wpłacić do funduszy Quercusa w ciągu roku ponad 1,5 mld zł więcej, niż z nich wypłacili. Buczek obiecał wtedy pracownikom, że jeśli aktywa przekroczą 5 mld zł, pojadą na wyjazd integracyjny. Przeznaczonych na ten cel pieniędzy nigdy nie wydał.

Sukces Quercusa w pierwszych latach funkcjonowania opierał się na inwestycjach w akcje. Duży w tym udział Buczka. Prezes zarządza funduszem Quercus Agresywny, który na koniec 2013 r. zgromadził ponad 1,5 mld zł. Był największym funduszem firmy i miał najlepsze wyniki w grupie funduszy akcyjnych. Strategię opierał na długoterminowych inwestycjach w małe i średnie spółki. Częściej wybierał dobrze, niż się mylił. W ciągu pięciu lat, na koniec 2013 r., zarobił dla inwestorów 150 proc., choć na szerokim rynku notowania poszły w tym czasie w górę niecałe 90 proc. Jednak na początku 2014 r. rząd zdemontował system otwartych funduszy emerytalnych. Skutek: wygasł popyt na małe i średnie spółki, w które inwestował Buczek. Jednocześnie na Wschodzie wybuchł konflikt zapoczątkowany aneksją Krymu przez Rosję. Od naszego rynku odwrócili się inwestorzy zagraniczni, koniunktura na giełdzie siadła na trzy lata. Aktywa Agresywnego spadły do 347 mln zł na koniec marca tego roku.

W zeszłym roku saldo wpłat do funduszy Quercusa wyniosło tylko 107 mln zł, choć w całej branży zamknęło się kwotą 17 mld zł. Pod względem wartości zarządzanych aktywów kierowana przez Sebastiana Buczka spółka zdecydowanie przegrywa z takimi prywatnymi konkurentami jak Investors TFI czy Altus TFI. Odzyskać dawną pozycję będzie bardzo trudno ze względu na zmieniające się pod wpływem wejścia unijnej dyrektywy MiFID II warunki gry na rynku. Buczek wskazuje na pewne zagrożenia płynące z nowych regulacji. – Banki zamiast szerokiej oferty najlepszych funduszy na rynku będą sprzedawać przede wszystkim produkty własnych TFI ze względu na chęć maksymalizacji dochodów (bank przejmuje wówczas całość opłaty za zarządzanie – przyp. red.). Interes klientów, rozumiany jako możliwość nabycia najlepszych rozwiązań, zejdzie na plan dalszy – przewiduje Buczek.

Banki są główny kanałem dystrybucji jednostek funduszy. A Buczek ze sprzedawcami swoich funduszy nie ma ostatnio najlepszych relacji. Przede wszystkim przez kryzys GetBacku. Kiedy okazało się, że fundusze Quercusa mają w portfelach obligacje windykatora, posiadacze jednostek, za namową swoich doradców, zaczęli się wycofywać. W marcu z Quercusa odpłynęło 240 mln zł aktywów. Ale gdyby Buczek nie odkupił obligacji z funduszy, zapewne byłoby jeszcze gorzej.