statystyki

Zwyczajnie nienasyceni: Polacy zatracili się w szale zakupów, czy wreszcie żyją normalnie?

autor: Jakub Kapiszewski, Marek Chądzyński23.12.2017, 20:00
Im więcej Polacy będą zarabiać, tym mniejszy odsetek wydatków będą stanowiły artykuły pierwszej potrzeby, w tym żywność.

Im więcej Polacy będą zarabiać, tym mniejszy odsetek wydatków będą stanowiły artykuły pierwszej potrzeby, w tym żywność.źródło: ShutterStock

Końcówka roku to krytyczny moment dla portfela. Na horyzoncie majaczy Boże Narodzenie, handel kusi również promocjami i wyprzedażami. Jak zawsze obrazy rodaków tłumnie przemierzających galerie handlowe zostały połączone z refleksją – czy aby na pewno nie popadliśmy w szaleństwo konsumpcji?

Tak postawione pytanie nie bierze jednak pod uwagę lokalnego kontekstu. Po pierwsze, wciąż jesteśmy społeczeństwem na dorobku. O ile więc część Polaków z pewnością stać już na to, aby wydawać więcej, niż w rzeczywistości potrzebują, o tyle en masse wciąż staramy się nadrobić zaległości do mieszkańców krajów bardziej zamożnych. Biorąc pod uwagę pół wieku powojennego niedoboru, zafundowanego pod poprzednim systemem gospodarczym, trudno mówić w związku z tym o ekscesie, który termin „konsumpcjonizm” zakłada. Po drugie, tak postawione pytanie pomija kompletnie olbrzymie znaczenie konsumpcji dla gospodarki.

Głód kupowania

W gospodarce centralnie planowanej od początku był problem z zaspokojeniem podstawowych potrzeb. Gdy pod koniec lat 80. system postanowiono nieco zreformować, ludzie rzucili się na zakupy. Wpuszczanie rynku zaczęło się za ostatnich rządów komunistów, a jego symbolem była ustawa Wilczka z grudnia 1988 r. – maksymalnie liberalne prawo o działalności gospodarczej.

Jednak to nie ona spowodowała wybuch konsumpcji – w każdym razie nie bezpośrednio. Rząd Mieczysława Rakowskiego nie tylko zrównał w prawach własność prywatną z państwową, lecz zdjął także z handlu kaganiec w postaci reglamentacji niektórych towarów. Od początku roku 1989 przestały obowiązywać kartki na benzynę, od sierpnia tegoż samego roku zlikwidowano racjonowanie mięsa i uwolniono jego ceny.

Skrępowany dotąd rynek zaczął się coraz szybciej kręcić, a jego symbolem stała się szczęka: coś w rodzaju blaszanego minikontenera, z dużą otwieraną do góry klapą i rozkładanym podestem od frontu. Z boku straganik przypominał otwartą paszczę, stąd nazwa. Handel był dziedziną, która najbardziej zyskała na zalążkach liberalizacji. A skoro tak, to pojawiła się i konsumpcja, która po latach komunistycznego głodu miała jeden motyw przewodni: zaspokoić podstawowe potrzeby.

O jakich potrzebach mowa? Takich, które w piramidzie Maslowa zajmują dolne segmenty – a więc wynikają z funkcji życiowych. Piramida to opracowana i ogłoszona w latach 40. ubiegłego wieku przez amerykańskiego psychologa Abrahama Maslowa teoria hierarchii potrzeb. Składa się z pięciu segmentów tychże potrzeb, od tych najbardziej podstawowych do coraz bardziej abstrakcyjnych. Na dole piramidy są potrzeby fizjologiczne, takie, których zaspokojenie jest niezbędne do przeżycia. Należą do nich jedzenie i ubranie. Uwolnienie cen mięsa i zliberalizowanie handlu im jak najbardziej pomagało. Sprzedaż mięsa przez rolnika prosto z bagażnika samochodu nie była rzadkim widokiem. Rozkwitł też prywatny import-eksport (choć głównie import) towarów deficytowych, jak ubrania i elektronika. Wpływ na to miały nieduża odległość do Berlina Zachodniego oraz liberalizacja przepisów paszportowych.

Kasa jest, towar wreszcie też

Jak wielki był wówczas popyt w gospodarce, świadczyć może przyspieszająca inflacja, która bardzo szybko przerodziła się w hiperinflację. Ekonomiści nazywają takie zjawisko nawisem inflacyjnym. Zgodnie z definicją jest to wartość popytu w całym społeczeństwie odłożonego (niezaspokojonego) przez zbyt niską podaż. I tak to właśnie wówczas wyglądało. Choć handel szybko się rozwijał, to nie był w stanie odpowiedzieć na zapotrzebowanie. Dlatego jednym z punktów walki z inflacją w planie Leszka Balcerowicza było wprowadzenie popiwku, czyli specjalnego podatku od wzrostu płac. Chodziło o to, żeby podwyżki nie mogły być większe od bieżącego wzrostu cen.


Pozostało jeszcze 82% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam kod promocyjny

Polecane

Komentarze (3)

  • j.(2017-12-23 20:51) Zgłoś naruszenie 60

    A ja nie znoszę kupowania, jestem zdecydowanie zakupowym anorektykiem! Nie kręcą mnie promocje, reklamy i tzw. wyprzedaże (które prawdopodobnie są zręcznym trikiem marketingowym mającym na celu nakłonienie nas do zbytecznych zakupów, a nie jakąś super okazją), a nawet robi mi się niedobrze, jak mam iść na zakupy, a już w ogóle nie rozumiem życia na kredyt. Zrobienie jakichś zakupów na święta, zresztą bardzo skromnych, było dla mnie dzisiaj torturą. Przeważnie kiedy odwiedzam centrum handlowe, wychodzę z niczym i z myślą: "O rany... znowu nic nie kupiłem!" Nie rozumiem życia na kredyt, ale nie rozumiem także tych, którzy jeśli tylko trochę więcej zarabiają, to zaraz wymieniają samochód na lepszy, telewizor na większy, zegarek na droższy itd. A może tak, jeśli więcej zarabiamy, to warto po prostu więcej oszczędzać, bo nie widomo, czy np. tej pracy nie stracimy i wtedy dobrze mieć jakieś zabezpieczenie na koncie w banku, o wiele bardziej wtedy potrzebne, aniżeli np. większy telewizor. Ludzie niestety w większości przypadków, jeśli mają kłopoty finansowe, są sami sobie winni, bo bezmyślnie wydają pieniądze na mnóstwo niepotrzebnych, albo mało potrzebnych rzeczy. Ja mam inne do tego podejście i nikt mnie nie może zmusić do bezmyślnego wyrzucania pieniędzy!

    Odpowiedz
  • taka prawda(2017-12-24 15:12) Zgłoś naruszenie 11

    Za PeO była nyndza to i szału zakupów nie było.

    Odpowiedz
  • nina(2017-12-25 09:42) Zgłoś naruszenie 10

    zatracić się na zakupach może tylko osoba albo niemyśląca albo cierpiąca na nadmiar gotówki

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Polecane