Szukanie winnego trwa od dłuższego czasu, a ja staram się te wysiłki w miarę możliwości na bieżąco państwu relacjonować. Zazwyczaj (stali czytelnicy wybaczą powtórzenie) przywołuję przy tej okazji metaforę ciasteczka dochodu narodowego, które w ostatnich czterech dekadach stale rosło i rosło. Jednak zarazem coraz mniejsza jego część trafiała do pracowników, aż w końcu cały wypiek oklapł. Dlaczego? Na ten temat powstało w ostatnich miesiącach sporo prac. Dziś o najnowszej z nich.

De Loecker i Eeckhout postanowili spojrzeć na marże zysku. Marża to w ekonomii sposób na określenie nadwyżki ceny ze sprzedaży ponad koszt wytworzenia. Jest to powszechnie używany sposób na mierzenie rentowności biznesowego przedsięwzięcia. Ekonomiści przegryźli się przez dane dotyczące marż zysku amerykańskiej gospodarki (oczywiście ich wyliczenia co do zasady dotyczą większych i podlegających raportowaniu podmiotów gospodarczych). Okres, który ich interesował, to dwie następujące po sobie epoki: keynesowska (1940–1980) i neoliberalna (od 1980 do dziś).

W okresie powojennym średnia marża amerykańskiego przedsiębiorstwa wahała się mniej więcej w przedziale między 18 a 27 proc. W 1980 r. wynosiła 18 proc., po czym zaczęła rosnąć. I to jak: już pod koniec lat 80. wyskoczyła na ponad 30 proc. A potem biła kolejne rekordy. Wysokość 40 proc. osiągnęła w roku 2000. 50 proc. – tuż przed kryzysem 2008 r. Dziś wynosi 67 proc. Imponujący, trzyipółkrotny wzrost.

Co to oznacza? De Loecker i Eeckhout dostarczyli – jak twierdzą – niezbitego dowodu, że objęte badaniem amerykańskie firmy diametralnie zwiększyły swoją rynkową siłę. Czyli mówiąc kolokwialnie, stały się bogatsze i bardziej pewne siebie. W praktyce „zwiększona siła rynkowa” oznacza, że rynek stał się bardziej monopolistyczny. Niekoniecznie chodzi tu o samą koncentrację (choć o to również), lecz także o relacje z konsumentem, który niby może wybierać między różnymi produktami, ale w praktyce ten wybór jest raczej iluzoryczny. Sytuacja taka nazywana jest „konkurencją monopolistyczną” i faktycznie pozwala firmom zwiększać swoje marże zysku w sposób bardzo dowolny. Wzbogacając je ponad miarę, ale jednocześnie podminowując szansę na wzrost całej gospodarki. I to właśnie zdaniem badaczy zaszło w epoce neoliberalnej.

W praktyce mogło to wyglądać tak: jest rok 1980 i po kilku dekadach keynesowskiego kompromisu w Ameryce istnieje dosyć konkurencyjny rynek ze względną równowagą między Wall Street (duże korporacje, w tym te finansowe) a Main Street (mali i średni). Politycy coraz szerzej otwierają jednak wrota globalizacji i deregulacji. Kapitał zaczyna krążyć po świecie, tworząc globalną sieć produkcji towarów i ich sprzedaży opartą w coraz większym stopniu na tanich zasobach (Chiny są w centrum tego zjawiska). Takie tsunami pustoszy sporą część Main Street (obniżając przy okazji płace). Nie zabija jednak wszystkich. Część amerykańskich małych i średnich dopasowuje się do nowej układanki, zajmując niezagospodarowane nisze. Wysokie marże zglobalizowanych prymusów ciągną również w górę ich samych. Ten świat jest bardzo drapieżny, co również pokazują dane De Loeckera i Eeckhouta. Albo osiągasz bardzo wysokie marże, albo wypadasz z gry. Miejsca dla średniaków tutaj nie ma.

Ekonomiści swoim wystąpieniem już wywołali w Ameryce sporo zamieszania. I teraz dyskusja o konkurencji monopolistycznej i szalonych marżach, które niszczą gospodarkę, trwa w najlepsze. Pewnie coś ciekawego wkrótce uda się z niej znów wyłowić. 

„Zwiększona siła rynkowa” oznacza, że rynek stał się bardziej monopolistyczny. Chodzi tu także o relacje z konsumentem, który niby może wybierać między różnymi produktami, ale w praktyce ten wybór jest raczej iluzoryczny