Ale „Najmądrzejszy w pokoju” to jedna z tych publikacji, po które akurat warto sięgnąć. Jej autorami są amerykańscy profesorowie: Thomas Gilovich i Lee Ross. Stworzyli zgrabnie napisany i zredagowany podręcznik z mówiącym w zasadzie wszystko podtytułem: „Jakie korzyści możemy czerpać z najważniejszych odkryć psychologii społecznej”.

Hasło „najmądrzejszego w pokoju” też niesie ze sobą czytelną obietnicę, zgodnie z którą nie chodzi o to, by być najlepszym w kraju, na świecie czy na kontynencie. Psychologia społeczna w wydaniu Gilovicha i Rossa ma nam pomóc w osiągnięciu dużo bardziej skromnego celu. Wystarczy, że stworzymy wrażenie, iż jesteśmy najlepsi w najbliższej okolicy. Nie na jakimś idealnym wyimaginowanym forum, tylko tu i teraz. Na dodatek nie musimy być wcale najinteligentniejsi czy najbardziej oczytani. Autorzy dużo większym szacunkiem zdają się darzyć „mądrość”. Rozumieją ją jako pewną szczególną umiejętność rozumienia ludzkich spraw.

Taka mądrość może być związana z wysokim IQ albo z drobiazgową znajomością faktów. Ale bywa, że nie ma z nimi wiele wspólnego. Dobrze obrazuje to przykład ze wstępu do książki (skądinąd bardzo typowy dla anglosaskiej literatury poradnikowej). Widzimy w nim dwóch legendarnych alianckich dowódców wojskowych w przededniu lądowania w Normandii. Generał Montgomery szlifuje płomienną przemowę zagrzewającą oficerów do boju, a jego amerykański odpowiednik Dwight Eisenhower z orędzia rezygnuje i chodzi, tylko wymieniając serdeczne uściski dłoni z obecnymi na sali wojskowymi. Zdaniem Gilovicha i Rossa to Ike, a nie Monty obiera lepszą drogę. Tego dnia to on jest najmądrzejszy w pokoju.

Dalsze 300 stron książki jest rozwinięciem wstępnej metafory. Psychologowie opisują kolejne wyzwania – polityczne, ekonomiczne, menedżerskie – pokazując, jak można przez nie przejść, sięgając do skarbczyka ich dziedziny nauki. Pułapki myślenia, błędy atrybucji, bariery psychologiczne, samospełniające się oczekiwania. Wszystkie te zjawiska rozwijają się przed czytelnikiem jak piękne kwiaty w ogrodzie botanicznym. Wystarczy tylko dać się nieść do przodu i napawać ich zapachem.

W pewnym momencie lektura zaczyna być jednak nużąca i przewidywalna. Kto dobrnie do końca, tego czeka epilog ze słynną opowieścią o Nelsonie Mandeli i jego zabiegach, by ofiary apartheidu zidentyfikowały się z narodową drużyną rugby, przez lata uchodzącą za symbol dominacji białej uprzywilejowanej mniejszości. Historia piękna, choć cukierkowa. A potem powrót do życia i pytanie: czy choćby 20 proc. mądrości wyczytanych w tej książce da się skutecznie zastosować? To byłby już nie lada sukces.