statystyki

Wójcik: Konserwatyzm bez wolnego rynku

autor: Piotr Wójcik10.06.2017, 11:30
Wbrew oczekiwaniom konserwatywnych liberałów, to właśnie liberalna polityka gospodarcza doprowadziła do rozrośnięcia się podklasy uzależnionej od pomocy państwa.

Wbrew oczekiwaniom konserwatywnych liberałów, to właśnie liberalna polityka gospodarcza doprowadziła do rozrośnięcia się podklasy uzależnionej od pomocy państwa.źródło: ShutterStock

Przyjęło się uważać, że konserwatywna polityka gospodarcza z definicji powinna być wolnorynkowa. Że musi być typowym nurtem dla środowisk konserwatywnych. Ale nie znaczy to, że zawsze i wszędzie musi dominować. Czego przykładem jest Polska, która rządzi socjalkonserwatywny PiS.

Reklama


Silna pozycja konserwatywnego liberalizmu w debacie przejawia się choćby tym, że prospołeczną politykę gospodarczą nazywa się lewicową, nawet jeśli stojące za nią ugrupowanie hołduje tradycji, patriotyzmowi, religijności i interesowi narodowemu. Takie połączenie uchodzi za coś wręcz dziwacznego – za przejaw rodzimej specyfiki niż główny nurt. Dochodzi do takich absurdów, że są u nas prawicowi komentatorzy, którzy Marine Le Pen, szefową francuskiego Frontu Narodowego, potrafią nazwać „lewicową”, choć już się nie da stać bardziej na prawo, nie narażając się przy tym na delegalizację własnego ugrupowania albo wykluczenie z cywilizowanej debaty.

Tymczasem to liberalizm gospodarczy wśród konserwatystów powinien uchodzić za coś nietypowego i dziwacznego. Bo efekty polityki wolnorynkowej najczęściej są sprzeczne z wartościami, które są im bliskie.

Konserwatywni liberałowie uznają doktrynę wolnorynkową za integralną część swojego światopoglądu z trzech powodów. Po pierwsze – uznają, że polityka społeczna państwa zagraża rodzinie. Bo gdy istnieje rozbudowana sieć zabezpieczenia społecznego, ludzie – dowodzą – stają się uzależnieni od państwa, a to rodzina powinna być podstawowym zabezpieczeniem przed ryzykami ekonomicznymi. Gdy owe zagrożenia są rozłożone na całe społeczeństwo, to zanika motywacja do posiadania dzieci – po co mi one, skoro na starość zabezpieczy mnie ZUS? Najlepszym przykładem takiego myślenia są słowa brytyjskiej premier Margaret Thatcher: „Nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo. Są tylko pojedynczy mężczyźni, kobiety oraz rodziny”. Po drugie – dowodzą, że zabezpieczenie społeczne zabija w nas zaradność, za to stwarza podklasę osób uzależnionych od pomocy państwa. I po trzecie – twierdzą, że aktywność państwa w gospodarce zagraża wolności jednostek.


Pozostało jeszcze 82% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam już kod SMS
Więcej na ten temat

Reklama


Polecane

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Prawo na co dzień

Polecane

Reklama