Zacznijmy od dochodów. Dziś PKB wytwarzany w Polsce podzielony na liczbę mieszkańców wynosi ok. 11 tys. euro (PKB dzieli się na podatki pośrednie, płace pracowników oraz zyski właścicieli kapitału). W Niemczech analogiczna wartość wynosi 37 tys. euro. Mamy zatem ok. 30 proc. poziomu Niemiec. Tyle że w Polsce ceny są znacznie niższe, a międzynarodowe porównania dochodów zwykle koryguje się o różnice w cenach, ponieważ interesuje nas realny koszyk dóbr i usług, który można nabyć za przeciętną pensję – a nie wartości nominalne. Na przykład fryzjer męski w Warszawie kosztuje ok. 10 euro, a w Berlinie ok. 20 euro, mimo że jakość usługi jest prawdopodobnie zbliżona. Średnio ceny w Polsce wynoszą ok. 55 proc. cen niemieckich (nieco ponad połowę). Zatem choć nominalny dochód przeciętnego Polaka jest na poziomie 30 proc. dochodu przeciętnego Niemca, to realny dochód przeciętnego Polaka wynosi ok. 54 proc. dochodu przeciętnego Niemca (30 proc./55 proc. = 54 proc.).

Niestety, szansa, że w przewidywalnej perspektywie dojedziemy z 54 do 85 proc. dochodu niemieckiego, zgodnie z wymogiem postawionym przez Jarosława Kaczyńskiego, jest mała. W ostatnich 27 latach nadrabialiśmy w tej relacji ok. 1 pkt proc. rocznie. W przyszłości nadrabiać będzie trudniej, ponieważ historia uczy, że epizody ponadprzeciętnego wzrostu są zwykle przejściowe. Co więcej, Polsce znacznie trudniej będzie się przystosować do spadku populacji, ponieważ mamy znacznie mniejsze niż Niemcy doświadczenie w przyjmowaniu imigrantów. Ale nawet jeżeli założymy optymistycznie, że uda się utrzymać historyczne tempo nadganiania, to 85 proc. niemieckiego dochodu osiągniemy gdzieś w okolicach 2045–2050. Jarosława Kaczyńskiego i wielu dzisiejszych decydentów może już nie być na świecie, a piszący ten tekst będzie powoli zbliżał się do emerytury.

Ktoś powie, że przecież możemy się rozwijać jeszcze szybciej niż do tej pory. Nie jest to zupełnie wykluczone, są przykłady krajów, które dokonały niesamowitych skoków cywilizacyjnych, awansując z pozycji peryferii do ligi najbogatszych krajów świata: Irlandia, Finlandia, Korea Południowa. Ale jest to bardzo, ale to bardzo trudne – potrzeba by wyjątkowo dobrej polityki gospodarczej i sprzyjających okoliczności. Przykłady skoków cywilizacyjnych można policzyć na palcach jednej ręki i właściwie nie ma dobrej odpowiedzi, dlaczego im akurat się udało. Może mieli trochę szczęścia, jak Irlandia, która trafiła na niespotykany w najnowszej historii wzrost globalizacji finansowej i zaczęła przyciągać centra zachodnich korporacji, korzystając z atutu języka angielskiego.

Nie chcę siać defetyzmu, po prostu uważam, że trzeba sobie stawiać realistyczne cele w przewidywalnej perspektywie. Realistyczny i ambitny jednocześnie cel dla Polski to osiągnięcie 80 proc. średniego PKB per capita dla Unii Europejskiej do roku 2025. Co więcej, rację ma premier Mateusz Morawiecki, kiedy mówi, że PKB nie jest jedynym ważnym wskaźnikiem, że liczy się też jakość życia i spójność społeczna. Równie ważne jak wzrost gospodarczy są takie problemy, jak zwiększenie szans zawodowych dla kobiet i osób słabo wykształconych, zwiększenie dostępności usług medycznych, poprawa jakości powietrza itd. Przed odległym i niemal nieosiągalnym celem dogonienia Niemiec jest wiele ważniejszych celów, które powinniśmy przed sobą postawić.

Teraz pytanie o euro: czy jest sens zmieniać walutę? Z czysto ekonomicznego punktu widzenia trudno znaleźć silne argumenty za tym przemawiające. To, czy będziemy mieli 60, czy 85 proc. dochodu per capita w stosunku do Niemiec, nie ma tu większego znaczenia. Włochy wchodziły do euro, mając 96 proc. dochodu per capita w stosunku do Niemiec, i skończyły fatalnie, a Słowacja wchodziła, mając 60 proc., i radzi sobie dobrze. Istotne są inne problemy.

Kiedyś główny argument za przyjęciem euro był taki, że likwidacja ryzyka kursowego zwiększa inwestycje i handel zagraniczny. Inwestycje, bo koszt pożyczania w ważnej, umiędzynarodowionej walucie jest niższy; a handel zagraniczny, bo koszty ubezpieczeń od wahań kursowych spadają. Dziś wiemy, że ten argument jest albo błędny, albo słaby. Sztuczne obniżenie kosztu pożyczania poprzez zmianę waluty, w jakiej się pożycza, naraża kraj na ryzyko błędnych decyzji inwestycyjnych – to pokazał kryzys lat 2008–2012. Z kolei koszty transakcyjne nie blokują istotnie polskiej wymiany handlowej, a przynajmniej nie w takim stopniu, który byłby odczuwalny z makroekonomicznego punktu widzenia. Pokazuje to ogromny sukces polskiego eksportu w ostatnich latach. W duże i ryzykowne projekty warto się angażować, jeżeli oczekiwane korzyści mogą być bardzo duże – tutaj tego nie widać. Z jednej strony jest rezygnacja z własnego pieniądza i własnej polityki pieniężnej, z drugiej strony – bardzo niepewne i niejasne korzyści.

Istotniejszy w dyskusji o euro może być argument polityczny. Jeżeli wspólna waluta będzie głównym elementem spajającym Europę, a integracja poza Eurolandem będzie słabła, wybór euro może się stać dla Polski wyborem cywilizacyjnym. Albo dalsza integracja z Europą, albo trwałe osuwanie się pod względem standardów demokracji i wolnego rynku we wschodnią stronę. Żeby jednak zaakceptować ten argument, muszą się wydarzyć dwie rzeczy: euro musi rzeczywiście stać się obszarem stabilnym i spajającym Europę, a my musimy odczuć realne skutki pozostawania na zewnątrz – na razie na wyciąganie takich wniosków jest zdecydowanie za wcześnie.