Koncepcja, która jeszcze w 2015 r. wydawała się najmocniej lobbowaną w unijnych gmachach, upadła. Jak wówczas informowaliśmy, europosłowie chcieli wzmocnić uprawnienia długoterminowych akcjonariuszy. Komisja prawna europarlamentu zaproponowała w związku z tym, by udziałowcom z co najmniej dwuletnim stażem przysługiwało więcej praw głosu z akcji niż tym, którzy posiadali walory przez krótszy czas. Wprowadzono by więc coś na kształt europejskiej złotej akcji. W przyjętej przed tygodniem rezolucji, do której dołączono projekt nowelizacji dyrektywy 2007/36/WE w zakresie zachęcania akcjonariuszy do długoterminowego zaangażowania oraz dyrektywy 2013/34/UE o oświadczeniach na temat stosowania zasad ładu korporacyjnego, takiego rozwiązania jednak nie zamieszczono.

Zły przykład z Francji

Pomysłowi na wzmocnienie akcjonariuszy trzymających walory ponad dwa lata wiele złego zrobiło tzw. prawo Florange, które wprowadzono nad Sekwaną w 2013 r. Tajemnicą poliszynela jest, że uchwalono je po to, by państwo zachowało kontrolę nad sektorem motoryzacyjnym. Koncepcja prawa Florange jest prosta: akcjonariusz, który posiada akcje od ponad dwóch lat, ma dwa razy mocniejszy głos z każdego posiadanego waloru.

Długoterminowe zaangażowanie pożądane

Długoterminowe zaangażowanie pożądane

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Rzecz w tym, że państwo zaczęło nowe regulacje wykorzystywać na swoją korzyść. W 2015 r. rozgorzał spór dotyczący francuskiego koncernu motoryzacyjnego Renault. Japoński Nissan miał w nim taką samą liczbę akcji jak francuski rząd. Ten ostatni jednak dokupił walory. Na podstawie prawa Florange wzmocnił siłę swego głosu do tego stopnia, że Japończycy – mimo posiadania ogromu akcji – pozostali bez jakiegokolwiek wpływu na działalność spółki. Wybuchła burza dyplomatyczna. Nissan wystosował apel do japońskiego rządu, by ten potraktował francuskich inwestorów w analogiczny sposób. Ta sprawa ostatecznie ucichła, ale przepisy o wzmocnieniu długoterminowego zaangażowania zaczęły być utożsamiane z realizacją interesów państwa, a nie zainteresowanych losem spółki akcjonariuszy.

Francuskie władze zresztą tego wcale nie ukrywają. – Prawo Florange bardzo przysłużyło się naszej gospodarce. Zostało już użyte ponad 100 razy, dzięki czemu udało się uratować tysiące miejsc pracy – stwierdził w październiku 2016 r. prezydent Francji François Hollande.

O unijnej koncepcji złotej akcji negatywnie zaczęli wypowiadać się przedstawiciele biznesu oraz uznani eksperci. – Chodzi o zmianę prawa w celu wzmocnienia pozycji władzy, która chce realizować własną politykę – stwierdził na łamach „The Financial Times” Neil Dwane, CIO w Allianz Global Investors.

– Jedyny rzeczywisty interes w dublowaniu mocy głosu opiera się na sprawowaniu kontroli nad przedsiębiorstwami, w których nie ma się realnego pakietu kontrolnego – to z kolei opinia Xaviera Huillarda, prezesa zarządu Vinci, potentata na francuskim rynku budowlanym (również z „The Financial Times”). Zastanawiał się on, komu więc w praktyce przysłużyłoby się nowe prawo.

Upadłość koncepcji

Zwolenników pomysłu, który zrodził się w europarlamentarnej komisji prawnej, było jak na lekarstwo. Pojedynczy eksperci przyznawali, że to jedyne skuteczne rozwiązanie pozwalające wzmocnić pozycję w spółkach tych akcjonariuszy, którym naprawdę zależy na ich losie, a nie którzy przyszli jedynie po łatwy zarobek.

Tyle że prawnicy uważali, że z ewentualnych nowych przepisów byłoby więcej szkody niż pożytku. Przykład? Wyobraźmy sobie spółkę, w której jeden udziałowiec ma 55 proc. akcji, drugi zaś 45 proc. Ten pierwszy ma swe walory od roku. Ten drugi lada dzień wkroczy już w okres premiowany, czyli dwuletni. Tym samym z dnia na dzień, bez przeprowadzania jakichkolwiek transakcji, mógłby zmienić się podmiot kontrolujący biznes. A to nie służy pewności obrotu gospodarczego.

Unijna złota akcja mogłaby również zabić idee prawa restrukturyzacyjnego, do którego w ostatnich latach zarówno Parlament Europejski, jak i Komisja Europejska przywiązują znaczenie. Radca prawny Jerzy Kozdroń, były wiceminister sprawiedliwości, uważa, że odpowiednik prawa Florange skazywałby przecież inwestorów wchodzących do spółki na słabszą pozycję w porównaniu do akcjonariuszy już w niej obecnych. A w efekcie zniechęcałoby to podmioty dysponujące kapitałem do angażowania się w działalność spółek go potrzebujących.

Wpływ na wynagrodzenie

Te argumenty przekonały europosłów. Uznano, że skoro projektowane są rozwiązania mające na celu wsparcie działalności prywatnego sektora, nie można przyjmować regulacji, przeciwko którym przedsiębiorcy stanowczo protestują. Tym bardziej, że proponowana nowelizacja dyrektywy i tak w ocenie unijnych decydentów poprawi sytuację.

– Kryzys finansowy pokazał, że w wielu przypadkach akcjonariusze popierali podejmowanie nadmiernego ryzyka krótkoterminowego przez zarządzających. Po części wynikało to z tego, że akcjonariusze ci nie czuli się związani ze spółką. Przygotowana korekta przepisów powinna zaradzić tej sytuacji – wskazywała jeszcze w grudniu 2016 r., tuż po zawarciu porozumienia co do kształtu projektowanej nowelizacji przez Parlament Europejski i Radę Europejską, słowacka minister sprawiedliwości Lucia Žitňanská.

Co nowego znajdziemy więc w projekcie dyrektywy? Przede wszystkim zostanie stworzone powiązanie pomiędzy wynagrodzeniem kadry zarządzającej podmiotem a wynikami finansowymi. Jeśli biznes będzie szedł świetnie, nic nie zablokuje udziałowców, by wypłacać zarządowi krocie. Jeżeli jednak interesy będą szły kiepsko, wynagrodzenie nie będzie mogło być zbyt wysokie.

Wprowadzone zostaną także nowe wymagania dla spółek dotyczące przejrzystości. Chodzi przede wszystkim o największych przedsiębiorców zarządzających funduszami emerytalnymi. Będą oni musieli przedstawiać swoim akcjonariuszom informacje o podejmowanych decyzjach inwestycyjnych.

Stanowisko parlamentu zostanie teraz przekazane Radzie UE. Jeśli przyjmie ona dokument, państwa członkowskie będą miały 24 miesiące na wdrożenie nowych przepisów w życie.

Prawo Florange powstało po to, by Francja zachowała kontrolę nad branżą motoryzacyjną