W obu przypadkach sytuacja jest pod kontrolą: MF pochwali się zapewne tym, że udało mu się utrzymać deficyt poniżej 3 proc. PKB w 201 6 r . (wyniósł 2,8 proc.) i uda mu się to w roku 2017 (ma być 2,9 proc.). Ale jest kłopot: od 201 6 r . deficyt rośnie. A dla Komisji ważne jest nie tylko to, ile wynosi dziura w budżecie, ale i sposób, w jaki rząd realizuje politykę fiskalną. Czy ma np. skłonności do zwiększania wydatków, czy robi to z sensem i jakie mogą być tego efekty. Wiosną, gdy rząd prześle program do Brukseli, KE dostanie dowód na potwierdzenie tezy, że władze w Warszawie popuszczają pasa. I trudniej jej będzie uwierzyć w zapewnienia o ograniczaniu budżetowej dziury od 201 8 r . Będzie mogła też wytknąć, że rząd nie realizuje obietnic, czyli stopniowego obniżania tzw. deficytu strukturalnego (obliczanego z pominięciem efektów bieżącej koniunktury w gospodarce) do 1 proc. PKB. Tu też Polska nie ma się czym pochwalić. Od początku rządów PiS deficyt strukturalny rośnie, a w tym i kolejnym roku wzrost ma przyspieszyć. W 201 8 r . – według prognoz KE – deficyt strukturalny ma wynosić 3,3 proc. PKB.

Oczywiście można wzruszyć ramionami – kogo obchodzi, co sobie o nas pomyślą brukselscy biurokraci. Co z tego, że rośnie jakaś tam dziura w finansach publicznych, to tylko żonglowanie liczbami w rozgrywkach z Unią. Z punktu widzenia przeciętnego obywatela te liczby nie mają znaczenia. Dla niego liczy się zasobność portfela, a tu mamy wyraźną poprawę, m.in. dzięki rządowym programom, jak „Rodzina 500 plus” (przez które ten deficyt rośnie). Poza tym – powie ktoś – poprzedni rząd też radził sobie z tym różnie, w 201 0 r . dziura w finansach była rekordowo duża (ponad 7 proc. PKB), choć jeszcze trzy lata wcześniej były one w świetnym stanie z deficytem na poziomie raptem 1,7 proc. PKB.

O to właśnie chodzi: w 2008 r., gdy wybuchł kryzys, Polska miała z czego ratować gospodarkę. Była w stanie przyjąć kryzysowe uderzenie w postaci zmniejszenia dochodów z podatków, ale też dosypać nieco grosza do gospodarki, bo – dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności – właśnie weszły w życie zmiany w podatkach (m.in. zmniejszono i wprowadzono dwie zamiast trzech stawki PIT). Później rząd mógł sobie pozwolić na radykalne zwiększenie wydatków inwestycyjnych, odpuszczając zupełnie deficyt, skoro takie potęgi jak Niemcy miały problem z utrzymaniem go w ryzach. Ceną za to był co prawda skokowy wzrost długu publicznego, ale i tu było na to miejsce: w 2007 r. dług publiczny wynosił tylko 45 proc. PKB. W kulminacyjnym momencie (w 2013 r.) wzrósł do 55,7 proc. PKB i było to wciąż daleko od traktatowych ograniczeń. Mimo tej niezłej sytuacji wyjściowej i tak nie udało się przejść przez kryzys zupełnie bezboleśnie – czego dowodem była np. podwyżka VAT w 2011 r .

KE wieszczy, że i bez kryzysu polski dług w ciągu dwóch lat wzrośnie do 55,8 proc. PKB

A jak jest dziś? Co bardziej przewidujący i nauczeni doświadczeniem – jak Niemcy – mają budżetową nadwyżkę i systematycznie zmniejszają dług. Tą samą drogą idą Czesi. Słowacy nadwyżki nie mają, ale w ciągu dwóch lat ich deficyt spadnie do 0,6 proc. PKB (tak wylicza KE), a dług zmniejszy się o ponad 2 pkt proc. PKB. Na Węgrzech deficyt ma nieco wzrosnąć, do 2,5 proc. PKB w 2018 r. – ale dług będzie systematycznie spadał.

Za to Polska maszeruje w innym kierunku. Choć koniunktura w gospodarce jest dobra, deficyt i dług rosną. Jeśli nastąpiłby kryzys na miarę tego z końca poprzedniej dekady, amunicji na walkę z nim byłoby drastycznie mało. Można oczywiście zgodzić się na spęcznienie deficytu do 8–9 proc. PKB, mając w nosie unijne kryteria – ale jak go wtedy sfinansować? Komisja Europejska wieszczy, że i bez kryzysu polski dług w ciągu najbliższych dwóch lat wzrośnie do 55,8 proc. PKB – czyli mniej więcej do poziomu przed „reformą” OFE umarzającą obligacje Skarbu Państwa z portfeli funduszy w 2014 r. Kryzysowe zwiększenie deficytu w takiej skali jak w latach 2008–2010 wybiłoby zapewne dług ponad 60 proc. PKB, czyli unijne kryterium długu też zostałoby złamane.

To jeszcze nic: zapłacilibyśmy za to pewnie unijną procedurą nadmiernego deficytu i wyższą rentownością obligacji. Jeśli rząd byłby odporny na krytykę ze strony zagranicznych inwestorów i agencji ratingowych (bo słabo wypadlibyśmy na tle unijnych prymusów, którzy dziś mają budżetowe nadwyżki, co z pewnością nie umknęłoby uwadze zagranicy), bezpośredniego automatycznego przełożenia na portfel zwykłego Kowalskiego nie musiałoby być. Ale to stąpanie po kruchym lodzie. Bo poza zobowiązaniami wobec UE jest jeszcze konstytucja, a w niej art. 216 ust. 5. Rządowi nie wolno zaciągać zobowiązań, przez które państwowy dług publiczny miałby przekroczyć trzy piąte rocznego PKB. A z dużym prawdopodobieństwem można zakładać, że bariera 60 proc. PKB pękłaby nawet w przypadku długu liczonego metodą krajową. Rząd musiałby awaryjnie ciąć wydatki. Albo szukać dodatkowych dochodów, podnosząc podatki. Wtedy już zauważy to każdy.