To badanie polegało na tym, żeby sprawdzić, do jakich właściwie szkół myślenia należą polscy ekonomiści. Pytanie jest ważne. Nikt nie powinien mieć przecież wątpliwości, że ekonomiści też są ludźmi. I też (jak każdy) siedzą w bańce swoich przesądów, wartości oraz preferencji. W zachodniej ekonomii co jakiś czas robi się więc badania pozwalające przyporządkować ekonomistów do konkretnych szkół i tradycji myślowych. Na tej podstawie można stwierdzić, w którą stronę wychyla się aktualnie całe środowisko. Oraz o jakich ograniczeniach należy pamiętać, słuchając ocen gospodarczych wypowiadanych przez przedstawicieli tej (było nie było) korporacji zawodowej.

U nas postanowiła się tym zająć grupa badaczy z Instytutu Badań Rynku, Konsumpcji i Koniunktur. Rozesłali więc ankiety do ponad 3 tys. ekonomistów akademickich. Odpowiedział na nie co dziesiąty. Niby niewiele, ale już coś, by wyciągać wnioski. Niektóre bardzo ciekawe. Już choćby to, że wśród polskich ekonomistów najwięcej (ok. 30 proc.) jest dziś przedstawicieli nowego instytucjonalizmu (nurt związany z nazwiskami noblistów Coase’a czy Beckera). Tak przynajmniej wynika z punktu ankiety, w którym ekonomiści zostali poproszeni do „przypisania samych siebie do konkretnej tradycji”. Dopiero na dalszych miejscach są neoklasycy (to ci, którzy stawiają w centrum swoich poszukiwań racjonalnego homo oeconomicusa) i nowi keynesiści (to ci, którzy dowodzą, że homo oeconomicus może i jest racjonalny, ale zazwyczaj błądzi, bo brakuje mu pełnej informacji). To zaskakujące, bo zwykło się uważać, że jedni i drudzy tworzą główny nurt współczesnej ekonomii. W polskim krajobrazie zwraca też uwagę spora (aż 8 proc.) reprezentacja szkoły austriackiej (Mises, Rothbard i Hayek). Austriaków jest w Polsce więcej niż ekonomistów lewicujących – a więc zarówno neomarksistów stawiających w centrum ekonomicznej analizy konflikt klasowy, jak i postkeynesistów. Czyli tych, którzy twierdzą, że rozsądne recepty Keynesa zostały w ostatnim półwieczu przechwycone i „zbękarcone” przez główny nurt.

Twórcy ankiety potrafią być wobec polskiej klasy ekonomicznej bardzo krytyczni. Zarzucają nawet jej przedstawicielom brak spójności poglądów. Pokazują, że bardzo często między samooceną (czy jestem nowym keynesistą, czy może neoklasykiem?) a faktycznym zestawem poglądów zieje przepaść. Może to oczywiście świadczyć o słabym oczytaniu i nie najwyższym poziomie polskiej ekonomii. I to też jest ważny wniosek płynący z lektury.

Samo omówienie wyników ankiety zajmuje zaledwie kilkadziesiąt stron książki. Jej większą część stanowią natomiast pogłębione rozmowy z dwudziestką znanych (mniej lub bardziej) polskich ekonomistów. Dominuje pokolenie urodzone w latach 40. i 50. Marek Belka, Adam Glapiński, Witold Kwaśnicki, Andrzej Wojtyna, Jerzy Osiatyński, Leokadia Oręziak czy Stanisław Owsiak to postacie, które w minionym ćwierćwieczu odegrały ważną rolę w polskim życiu ekonomicznym. Albo tworzyły politykę gospodarczą, albo nadawały ton życiu akademickiemu. Ze starszych mamy Kazimierza Łaskiego (zmarł w 2015 r.), Mieczysława Kabaja i Zdzisława Sadowskiego. Stanowią łącznik z tradycją największych nazwisk XX-wiecznej polskiej ekonomii – Michała Kaleckiego i Oskara Langego. Te wywiady są zazwyczaj dobrze przeprowadzone i bronią się same. Jedyne, czego brakuje, to ekonomistów młodszych (roczniki 60. i 70.), którzy też już przecież od dłuższego czasu pozostawiają na polskiej ekonomii swój autorski ślad.