Czesi walczą z kopalnią Turów, zaangażowany jest TSUE. Jak radzi sobie z tym polski rząd?
Zacznę od tego, że takie natychmiastowe zatrzymanie kopalni Turów, razem z elektrownią, nie jest w istocie technicznie możliwe – mogłoby prowadzić wręcz do katastrofy budowlano-ekologicznej. Wyłączenie takiego kompleksu to kosztowny, złożony proces, trwający całe miesiące. Po drugie Turów zapewnia w systemie polskim nie tylko 3–7 proc. prądu, ale umożliwia także czasowy import energii z zagranicy dla zapewnienia pełnego bezpieczeństwa energetycznego kraju. Taki jest nasz system energetyczny – nic na to nie poradzimy. I wreszcie jest trzeci powód, dla wielu kluczowy, dla którego natychmiastowe wyłączenie kopalni jest praktycznie niemożliwe. Od jej pracy zależy zatrudnienie kilku tysięcy i codzienne życie kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców. Na przykład cały system ciepłowniczy okolic Bogatyni zależy od pracy elektrowni. I nie można ludzi tego pozbawiać z dnia na dzień jedną decyzją.
Zgoda, a gdzie w tym rola polskiego rządu?
Powstaje zasadnicze pytanie: czy polski rząd dobitnie i merytorycznie przedstawił te argumenty w korespondencji z TSUE? Ja się z niedowierzaniem dowiaduję, że tych trzech najważniejszych kwestii obszernie nie przedstawiono. W tej sytuacji, niestety, argumenty Czechów o zagrożeniu ekologicznym ludności czeskiej zwyciężyły. My też wiemy, jak niszczące dla środowiska są kopalnie odkrywkowe węgla brunatnego, nasi obywatele – Polki i Polacy – nie zgodzili się na nią chociażby w okolicach Bełchatowa. Reasumując – w sprawie Turowa obecna władza „zaspała” dwa razy: najpierw gdy nie zadbano o polubowne załatwienie sprawy z Czechami, by w ogóle nie składali sprawy do TSUE, a następnie kiedy zabrakło zdecydowanej reakcji i konstruktywnych negocjacji wobec skargi Czechów. A teraz jeszcze – na domiar złego – czeski rząd pogania trybunał do działania.
Rezultat jest taki, że mamy zagrożenie finansowe dla Polski, ale przede wszystkim ogromne skutki społeczne – poczucie zagrożenia, perspektywę utraty miejsc pracy dla niemal 5 tys. ludzi. Pojawiły się nieoczekiwane i bardzo niekorzystne nastroje antyczeskie po naszej stronie i oczywiście antypolskie po czeskiej stronie. To, niestety, naturalne. Cierpią obywatele po obu stronach granicy, wzajemne relacje i zwykłe interesy. Zabrakło odpowiedzialności i kompetencji rządzących, a rachunek płacą ludzie.
I co teraz?
Dla sprawnego działania PGE, największej energetycznej spółki w kraju, dobre relacje z naszymi południowymi sąsiadami są absolutnie kluczowe. Rozumiem bezsilność w tej sprawie władz spółki, a także miejscowych samorządowców, którzy do uruchomienia ekologicznych projektów naprawczych i uratowania sytuacji potrzebują porozumienia między rządami Polski i Czech. A jego jak nie było, tak nie ma. Obu szefom rządów udało się porozmawiać podczas ostatniej Rady Europejskiej i te dramatycznie różne relacje obu panów co do tego, czy i co uzgodniono, pokazują, że jesteśmy raczej na spektaklu nieporozumień, a nie w przyjaznej Grupie Wyszehradzkiej. Polski rząd powinien w końcu solidnie wziąć się do negocjacji i uzyskać akceptowalne warunki tak, żeby można było podjąć pozytywne kroki po obu stronach granicy: żeby Czesi wycofali skargę, a my żebyśmy zmniejszyli zagrożenie ekologiczne dla Czechów, bo ono istnieje.
Ale jak interpretować ich ruch z wnioskiem do TSUE o nałożenie kar na Polskę?
Po obydwu stronach mamy nastroje wyborcze i permanentne wykorzystywanie polityki zagranicznej na użytek krajowego politykowania. Czeski rząd jest w fazie ostrej kampanii, ze słabnącym poparciem. A w Polsce jesteśmy w ciągłej dyskusji o przedterminowych wyborach, więc rządzącym po obu stronach potrzebne są mocne decyzje i obrona tzw. swoich. To są działania, którymi Czesi chcą przyspieszyć negocjacje. Była mowa o tym, że Polska zgadza się na sumę ok. 200 mln zł. Trzeba to spuentować, trzeba te negocjacje zamknąć. Mam nadzieję, że wpadki w działaniach polskiego rządu, bo nawet Komisja Europejska zwraca uwagę na pewne niedomagania administracyjne w sprawie Turowa, wynikają z niedocenienia problemu, a nie są próbą skompromitowania Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w oczach polskiej opinii publicznej. Bo to ostatnie ma dzisiaj miejsce i jest niedopuszczalne. Trzeba przedstawić rzeczowe argumenty, zwłaszcza te trzy kluczowe, które wymieniłem na początku – one nas bronią przed jakimkolwiek zamykaniem kompleksu Turów. Konieczne są też natychmiastowe inwestycje proekologiczne.
Powstaje pytanie, czy polska dyplomacja energetyczna ogólnie nie zawodzi. Mamy przykład Baltic Pipe, skarga na tę inwestycję leżała w duńskim urzędzie odwoławczym od września 2019 r. Czy także tutaj można było coś zrobić?
Te sprawy są akurat całkowicie różne. W sprawie Turowa widzę wyraźnie zaniedbania ze strony polskiego rządu, bezsilność samorządów czy zarządu PGE i bardzo trudne decyzje instytucji europejskich podejmowane z konieczności. Sprawa Baltic Pipe jest natomiast dość przejrzysta. Prace nad gazociągiem są bardzo zaawansowane i idą dobrze. Ten projekt był zawsze i niezmiennie popierany przez Parlament i Komisję Europejską. Mówię to z satysfakcją, bo przecież jego początki sięgają czasów mojego rządu. Baltic Pipe został uznany za kluczowy dla tej części Europy i dofinansowany z budżetu wspólnoty niebagatelną kwotą miliarda złotych. I sytuacja ta się nie zmieniła, możemy liczyć na pełne poparcie Komisji Europejskiej, jeśli chodzi o jego kontynuowanie. Nerwowe zaniepokojenie jest moim zdaniem przedwczesne – problem zaistniał wewnątrz Danii. Sami duńscy budowniczy są zaskoczeni tą decyzją tamtejszej komisji ds. ochrony środowiska i mówią, że potrzebują trochę czasu, by sprawę wyjaśnić. Dajmy im więc ten czas, zachowajmy spokój i róbmy swoje. Projekt w Danii nie jest opóźniony, jest realizowany bardzo sprawnie, dodatkowo to krótsza część całego gazociągu i wyłącznie na lądzie. Prace po polskiej stronie też idą sprawnie, a ostatnie duńskie zawirowania nie mają na nie wpływu – budowa nie jest i nie będzie przerwana, a harmonogram ma być dotrzymany.
Komisja Europejska zapowiedziała, że jest gotowa włączyć się w sprawę Baltic Pipe. Jak może to zrobić?
Na pewno jest potrzebne wsparcie dyplomatyczne. Ono zawsze jest potrzebne w takich sytuacjach i niewątpliwie z jednej strony Komisja ma tu możliwość działania, ale równocześnie ma ją polski rząd. Teraz od sprawności dyplomatycznej i możliwości reagowania na zaistniałą sytuację będzie zależeć dalszy rozwój wypadków. Trzeba też pamiętać, że to jest wewnętrzna sprawa duńska, a nie europejska. Nie wiem dokładnie, na czym polegają trudności, na które natrafił inwestor duński. Ale instytucje europejskie z pewnością będą naciskać na jak najszybszą kontynuację projektu, a jako dofinansowany przez Unię powinien być skończony na czas, bo wymaga tego nasze bezpieczeństwo energetyczne.
Rozmawiała Julita Żylińska