- Nasza sytuacja nie jest unikalna. Ten sam problem mają wszystkie kraje, które są beneficjentami netto funduszy unijnych - uważa Leszek Skiba, podsekretarz w Ministerstwie Finansów.
Idą ciężkie czasy dla ministra finansów. Gospodarka zwalnia.
Reklama
Prognozy ekonomistów wskazują, że wzrost PKB w IV kwartale może wynieść 2,4 proc. Matematyczne zaś ułożenie wzrostu w ujęciu kw./kw. z poprzednich trzech wskazuje, że wyhamowanie wzrostu poniżej 2,5 proc. pod koniec roku jest możliwe w zasadzie tylko teoretycznie.

Reklama
Do jakiego poziomu?
Wszystko zależy od tego, o ile wzrośnie PKB w IV kwartale w stosunku do III kwartału.
Jest ryzyko, że spadnie do poziomu poniżej 2 proc.?
Żeby wzrost PKB liczony rok do roku wyniósł w IV kwartale 2 proc. kwartalnie, gospodarka musiałaby rosnąć poniżej 1,0 proc. kw./kw.
Czy to prawdopodobne?
Gospodarka w ostatnich latach kwartalnie rozwija się w tempie 0,8-0,9 proc., ale możliwe jest odbicie po słabszym III kwartale br.
Ale jeśli w IV kw. będzie tak, jak średnio w ostatnich latach, to tempo wzrostu gospodarczego wyhamuje do mniej niż 2 proc. w skali roku. Tak?
Jeśli popatrzymy na wskaźnik nastrojów przedsiębiorców PMI z gospodarki niemieckiej, to one są obiecujące. Co daje nadzieję na przyspieszenie dynamiki eksportu, a popyt zewnętrzny może wesprzeć tempo wzrostu PKB w IV kwartale.
Bez względu na to, jaki będzie ostateczny wynik, można powiedzieć, że gospodarka nam zwalnia. To wina rządu?
Mamy zbieg różnych okoliczności, które negatywnie wpływają na wzrost gospodarczy: problemy z inwestycjami czy też zastanawiające zachowania konsumenckie.
Po kolei. Co się dzieje z inwestycjami?
Bardzo wolno rozkręca się wykorzystanie środków unijnych z nowej perspektywy finansowej. Doświadczenia zdobyte przy finansowaniu z poprzedniego budżetu UE nie zawsze są przydatne przy staraniach o nowe środki. Wszyscy się uczą nowych procedur. Widzimy głęboki spadek inwestycji publicznych. Na przykład samorządy nie korzystają ze środków europejskich, mają zaskakująco dużą nadwyżkę w budżetach. Duża część publicznych przedsiębiorstw też jeszcze stoi w blokach i wstrzymuje projekty. Na tym tle sektor prywatny wygląda dobrze, tam inwestycje są na plusie.
Krajowe przedsiębiorstwa prywatne zmniejszyły inwestycje o kilkanaście procent. Te, które inwestują, to firmy z zagranicznym kapitałem.
No tak, ale to by oznaczało, że nie ma ekonomicznych problemów, które hamowałyby inwestycje.
Ekonomicznych, czyli jakich?
Na przykład takich jak słaby popyt. Gdyby tak było, wykorzystanie mocy produkcyjnych w przedsiębiorstwach byłoby niższe i prowadziło do rezygnacji z inwestycji. W Polsce mamy sytuację odwrotną. Wykorzystanie mocy produkcyjnych jest na wysokim poziomie, co powinno być bodźcem do inwestowania. Średnia tego wskaźnika w 2016 r. jest tak wysoka, że jedynie 2008 r. był lepszy za sprawą rozkręconej gospodarki tuż przed bankructwem Lehman Brothers. Mówimy więc o prawie historycznym rekordzie w 2016 r. Wniosek jest taki, że nie mamy problemów z popytem. Nasz problem to słabe wykorzystywanie funduszy europejskich.
A co pan powie na taką teorię: firmy nie inwestują, bo łatwiej i taniej im zwiększać zatrudnienie, i w ten sposób generować większą produkcję.
To zjawisko strukturalne polegające na przechodzeniu od inwestycji w kapitał produkcyjny na rzecz zwiększania zatrudnienia, ale nie dzieje się z miesiąca na miesiąc, więc trudno w ten sposób wyjaśnić ostatnie zmiany.
Wzrost zatrudnienia trwa od wielu miesięcy.
Oczywiście, ale z tą teorią jest problem: mianowicie rosną koszty pracy, choćby przez wzrost płacy minimalnej. To powinno przedsiębiorców raczej mobilizować do inwestycji, np. w maszyny, by zwiększyć wydajność i zastępować pracę kapitałem.
Może przyjmowanie do pracy nowych ludzi jest bezpieczniejsze od długoterminowych inwestycji? W razie kryzysu zatrudnienie można zmniejszyć.
Nie wierzę w takie zachowania przedsiębiorców. Cała masa badań robionych po ostatnim kryzysie pokazuje, że stosunek przedsiębiorców do pracowników radykalnie się zmienił w porównaniu np. ze spowolnieniem z początku poprzedniej dekady. Wtedy najprostszym posunięciem były zwolnienia. Firmy miały potem duże problemy, by zatrudnienie odbudować, i w czasie ostatniego kryzysu mieliśmy zjawisko „chomikowania” pracy. Głębokie i szybkie zmiany w poziomie zatrudnienia są więc dziś mniej prawdopodobne. Przedsiębiorca będzie się długo zastanawiał, nim kogoś zwolni, ale też długo będzie trwał proces zatrudniania. Dlatego zmiany w inwestycjach w małym stopniu można tłumaczyć wzrostem zatrudnienia, bo spadek w inwestycjach jest zbyt głęboki.
Kiedy nastąpi przełom w inwestycjach?
Pewnie wtedy, gdy „klienci” Ministerstwa Rozwoju będą gotowi, by skorzystać z programów wsparcia i programów operacyjnych nadzorowanych przez województwa. Wszystko jest gotowe. Pierwsza połowa 2017 r. – wtedy pewnie inwestycje odbiją.
Przechodząc do roli eksportu we wspieraniu wzrostu gospodarczego: jakie znaczenie dla bilansu handlu zagranicznego ma „Rodzina 500 plus”?
Gdy rośnie konsumpcja, to wspiera ona w pewnym stopniu popyt na dobra importowane. Można powiedzieć, że ubocznym efektem programu jest jakiś wzrost importu.
Dlatego import rośnie szybciej niż eksport? Nie dziwi to pana przy tak słabym złotym?
Dane z GUS za III kwartał pokazują, że eksport się obniżył, ale prawdopodobnie wpływ na to miały czynniki zewnętrzne: słabsze wyniki gospodarcze u naszych zachodnioeuropejskich partnerów. Wzrost PKB w Niemczech w ujęciu kwartalnym był dosyć słaby i wyniósł 0,2 proc. kw./kw. Dane za pierwszą połowę 2016 r. pokazują, że polski eksport rośnie szybko, prawie 10 proc. r./r., a import nieznacznie szybciej.
Pomimo dobrych danych percepcja ryzyka globalnego ciągle jest wysoka, wynika z obawy o perspektywy gospodarki chińskiej, niejasności co do polityki pieniężnej i fiskalnej w USA, do tego dochodzi brexit i dyskusja w UE na temat kondycji sektora bankowego. Utrzymuje się pewien poziom niepewności, co sprawia, że gospodarka globalna nie rozwija się tak szybko, jak byśmy chcieli. Co może przełożyć się na poziom popytu i wielkość zamówień eksportowych.
Trzeci motor wzrostu gospodarczego to konsumpcja. Powiedział pan, że zachowanie konsumentów jest zastanawiające...
Bo dochód do dyspozycji gospodarstw domowych rośnie, około 40 proc. tego wzrostu generuje program „Rodzina 500 plus”. Pieniądze do wydawania na konsumpcję są, nie widać za bardzo, żeby były oszczędzane w istotnie większej proporcji. A w danych o sprzedaży detalicznej nie widać istotnego przyspieszenia konsumpcji. Najprawdopodobniej te dodatkowe środki z 500+ chętniej przeznaczają na nowe usługi niż towary. Najważniejsze jest to, że odczyt za III kwartał pokazuje, iż konsumpcja wzrosła o 1,4 proc. kw./kw., czyli całkiem dobrze, bo to tempo jest równoznaczne z prawie 6 proc. w ujęciu rocznym.
Ale suma tych czynników to niższy wzrost. Są szacunki, że w IV kw. może wynieść 1,6–1,8 PKB. Nie martwi to pana?
Mało prawdopodobne, by było tak nisko. Gdyby się okazało, że te niższe wskaźniki przekładają się na wzrost podatków, to mielibyśmy zmartwienie, ale nie mamy. Dynamika wpływów z VAT i innych podatków jest całkiem dobra. Dane za październik czy sygnały o wpływach, jakie będą za listopad, pokazują, że jest dobrze. Wzrost wpływów podatkowych utrzymuje się na wysokim poziomie, są one o co najmniej 7 proc. wyższe niż w poprzednim roku.
Ale jak długo można lecieć na jednym silniku? Dobra sytuacja budżetu mimo zwalniającego wzrostu gospodarczego wynika zapewne z rosnącej konsumpcji napędzanej 500 plus.
Obok konsumpcji, która rzeczywiście jest obecnie najsilniejszym motorem wzrostu, nie ma co narzekać na eksport, a i inwestycje niezwiązane ze środkami europejskimi mają szanse na przyspieszenie. Oczywiście czekamy również na lepsze wykorzystanie funduszy europejskich.
Ale będzie rosła presja na ministra finansów, który jest też ministrem rozwoju, zwłaszcza jeśli wzrost gospodarczy będzie niski. Resort szykuje się, by tłumaczyć, co się dzieje?
Warto mieć pełny obraz. Dochody podatkowe bardzo dobrze rosną. Mamy wolniejszy wzrost, który wynika z problemów ze startem nowej perspektywy finansowej UE. Liczymy, że te przyczyny obecnego wolniejszego tempa wzrostu gospodarczego w pierwszej połowie 2017 r. przestaną działać i szybszy wzrost powróci w przyszłym roku. Nawet jeśli spojrzymy na prognozy instytucji spoza Polski, to one nadal utrzymują prognozę wzrostu PKB w 2017 r. na poziomie powyżej 3 proc., w granicach 3,2–3,6 proc. Nikt nie zapowiada, że wzrost polskiego PKB w 2017 r. wyniesie poniżej 3 proc. Rynek też rozumie, że to przejściowe kłopoty, nie tylko zresztą nasze. Widać je w całym regionie. Problem z wystartowaniem mają Węgry i inne kraje Europy Środowej. Nasza sytuacja nie jest unikalna, ten sam problem mają wszystkie kraje, które są beneficjentami netto funduszy unijnych.
To jaki będzie wzrost w tym roku?
Jeśli w ostatnim kwartale będzie nawet to słabe 2 proc., to w całym roku może być poniżej 3 proc. PKB. Ale nie martwi nas to, bo rosną dochody podatkowe.
A to nie stawia pod znakiem zapytania także przyszłorocznej prognozy MF, że wzrost wyniesie ok. 3,6 proc. PKB?
Nie, mocniejszy wzrost PKB w IV kw. 2016 r. wesprze tempo wzrostu w 2017 r. poprzez efekt carry over, podnosząc poziom startowy PKB w I kwartale 2017 r. Potem zaś gospodarka powinna rozwijać się nieznacznie szybciej niż to dotychczasowe średnie 0,8–0,9 proc. kwartał do kwartału.