Wielkie place budowy i wielomiliardowe inwestycje w nowe bloki i modernizację sieci to tylko jedna strona bezpieczeństwa energetycznego. Jest jednak jeszcze cichszy, ale nie mniej istotny element, jeśli chodzi o przyszłość sektora: Bruksela.
Przyszłość polskiej energetyki, a co za tym idzie – całej gospodarki, w równej mierze zależy od krajowych decyzji regulacyjnych i inwestycji koncernów energetycznych, co od kształtu polityki klimatycznej UE. A apetyt Unii rośnie w miarę jedzenia – mimo sporej redukcji emisji pojawiają się nowe, coraz ambitniejsze cele. To źle? Niekoniecznie. Warto jednak pilnować, by lekarstwo nie okazało się bardziej szkodliwe od choroby. A w tym roku przedstawiciele polskiego rządu będą mieli sporo do pilnowania.
Europejska gra nie toczy się tylko o ograniczenie emisji, lecz również o dziesiątki miliardów euro. Bo walka o klimat jest kosztowna i zawsze istnieje ryzyko, że niektóre podmioty mogą tej rozgrywki nie przetrwać. Aby nie było za prosto, gra toczy się na kilku szachownicach. Co więcej, ponieważ podejście Unii do spraw klimatu ewoluuje, a przy okazji do głosu dochodzą narodowe interesy, trudno się niekiedy zorientować, czy gramy jeszcze w szachy, czy już w warcaby.
Batalia o emisje
Najpoważniejszą grą jest reforma systemu ETS, czyli systemu przyznawania uprawnień do bezpłatnych emisji. Nowy system ma objąć lata 2021–2030 i jest jednym z głównych narzędzi realizacji postawionego sobie przez UE celu 40-proc. celu redukcji emisji CO2 w 2030 r, względem 1990 r. Komisja Europejska, która zaprezentowała swoje propozycje w lipcu 2015 r., chce, by firmom w UE bardziej opłacało się inwestować w efektywność energetyczną i technologie zmniejszające emisję, niż płacić za certyfikaty uprawniające do wypuszczania do atmosfery gazów cieplarnianych.