Polacy latają i będą latać coraz więcej, stąd tak wielu graczy wchodzi na nasz rynek - mówi w wywiadzie dla DGP Sebastian Mikosz, prezes Polskich Linii Lotniczych LOT.
Polacy latają i będą latać coraz więcej, stąd tak wielu graczy wchodzi na nasz rynek - mówi w wywiadzie dla DGP Sebastian Mikosz, prezes Polskich Linii Lotniczych LOT.
Strategia rynku lotniczego i strategia LOT-u to dwie zupełnie różne rzeczy.
Linia podziału jest bardzo jasna. Rolą właściciela jest, by wkomponowywać spółkę w strategię państwową. My mamy zupełnie inne zadania.
Jestem pewien, że spółka ma historyczną szansę, by się rozwinąć, ale powstaje pytanie – ile lat jeszcze europejski sektor lotniczy będzie tak rozproszony. Trudno przewidzieć, ile spółek w tym okresie przeżyje konsolidację. Nie wydaje mi się, by taka firma jak LOT mogła bardzo długo pozostawać poza strukturami kapitałowymi któregoś z dużych graczy. Z naciskiem, że raczej będą to gracze europejscy.
Dziś największym konsolidatorem w Europie jest podmiot spoza Europy, bo przecież Etihad kupił udział w Air Berlin, Air Italy, kupił Air Serbia. W tej branży wszystko jest możliwe i przyzwyczajanie się do bieżących trendów jest błędne. Lepiej skupić się na tym, kto jest bardziej lub mniej atrakcyjny.
Myślę, że coraz bardziej. W ostatnich 20 latach spółka nie była lepiej przygotowana do prywatyzacji, co nie znaczy, że trzeba od razu się rzucić i ją kupować.
Najbardziej dynamiczny rynek w Europie. Konserwatywne prognozy mówią, że polski rynek urośnie o 6 proc. w ciągu najbliższych 10–15 lat. Polacy latają i będą latać coraz więcej, stąd też wielu graczy wchodzi na nasz rynek, by oferować swoje usługi.
Naturalnie. To, gdzie jest siedziba, gdzie się płaci podatki i który hub się rozwija, ma charakter symbolu. Dziś są tendencje, by przenosić spółki gdzie indziej, ale LOT zdecydowanie powinien zostać w Warszawie.
Myślę, że stopniowo tak. Pasażer będzie oczekiwał oferty a la telekom. Każdy będzie miał abonament, a niektórzy dodatkowo będą oczekiwali pakietu SMS-ów i lepszego telefonu. Na pewno będzie kilku przewoźników, którzy będą się z tego wyłamywali – np. Emirates, ale to zupełnie inny model funkcjonowania i inni klienci.
Jest i są na to bardzo dobre przykłady.
Zarówno Lufthansa, jak i IAG pokazują, że można bardzo efektywnie zarządzać bardzo różnorodnymi ofertami. Przykładem jest zarządzanie Swissem, który należy do Lufthansy, ofertą ukierunkowaną wybitnie pod szwajcarskich klientów.
Nie zawsze tak jest, ale w większości przypadków ci mniejsi mogą się wydostać z prawdziwych tarapatów. Iberia, która przez wiele lat była nierentowna i nie za bardzo było wiadomo, co z nią zrobić, dziś poprawiła wyniki i zarabia. Myślę, że rynek będzie szedł właśnie w stronę konsolidacji – wspólny zakup paliwa, wspólny zakup floty, wspólne systemy rezerwacyjne. Wielkim graczem z taką strategią staje się Etihad.
Przyjść może każdy. My chcemy sprzedać, ale to kupujący musi chcieć kupić. Albo inaczej. My szukamy inwestora do wniesienia kapitału. To subtelna różnica.
Gdybyśmy czekali na inwestora, nie moglibyśmy robić żadnej strategii rozwojowej. Szukamy, ale nie jest to poszukiwanie nerwowe. Mamy pomysł na biznes i wiemy, jak go realizować, co pokazują ostatnie wyniki. Zastrzyk pieniędzy może jedynie pozwolić na szybszą realizację naszych celów i zwiększenie naszej atrakcyjności.
Pieniędzy jest dużo, tylko one mają większą awersję do ryzyka niż kiedyś, a linie lotnicze są postrzegane jako bardzo ryzykowne, więc wielu inwestorów z definicji ma zabronione inwestycje lotnicze. To nie jest energetyka, która jest przewidywalną i stabilną branżą. Lotnictwo ma ciężką przeszłość za sobą.
Spójrzcie panowie na ostatnie IPO Wizz Aira. To nie są ludzie, którzy nerwowo poszukiwali gotówki, tylko chcieli domknąć proces inwestycji. Gdy stwierdzili, że rynek ich źle odbierze, po prostu przełożyli IPO. Ja też chciałbym twardo stąpać po ziemi. Przed naszą siedzibę nie przyjedzie jutro 20 inwestorów z ciężarówkami pieniędzy i nie będą się bili o LOT. Musimy zastanawiać się nad tym, jak budować wartość spółki, a nie zastanawiać się, czy jest lepiej, czy gorzej dla prywatyzacji. Pierwszy rok zysku to powód do radości, ale trwa restrukturyzacja, która zakończy się dopiero pod koniec tego roku. Po drugie rok 2015 jest rokiem trudniejszym od 2014. Teraz dotykają nas wszystkie restrykcje europejskie dotyczące ograniczeń w lataniu. Nie możemy wykorzystywać naszych możliwości, a mamy zrealizować lepszy wynik.
Wszystkie jej elementy, które zaakceptowaliśmy, zostały wdrożone i trwa ich realizacja. Część rzeczy regulacyjnie jest niezależna od nas.
Siedem maszyn będziemy mieli pod koniec 2016 r.
Siatkę trzeba skonstruować logicznie i swobodnie. W kwietniu wróci szósta maszyna, a wtedy pewnie uruchomimy wiele rejsów i będziemy mogli z niego korzystać.
Nie wykluczam, ale nie wiem, czy latem 2016 roku będzie to możliwe.
Plany mamy, ale teraz musi je zatwierdzić rada nadzorcza i musimy pozyskać finansowanie.
Obecnie siedmiu.
To kwestia dwóch miesięcy. Należy pamiętać, że siatka połączeń jest tożsama z modelem finansowym.
To jest bardzo ciekawa kwestia. Powiem przewrotnie – pasażer sam nie wie, dokąd chciałby polecieć. Jeśli przyjmiecie państwo statystyki i bardzo zaawansowane modele makroekonometryczne, to najbardziej ciekawą zmienną jest to, jaki popyt wygeneruje podaż. Zgodnie z zasadą deskorolki – nikt nigdy nie powiedziałby, że ktoś potrzebuje deskorolki, aż ktoś zaczął ją produkować i sprzedawać.
Dokładnie. Jeśli gdzieś podstawi się maszyny, konkurencja szybko odpowie i przygotuje mocno konkurencyjną ofertę. Przez jakiś czas będziemy się okładać kijami, aż wreszcie ktoś odpadnie. Musimy brać pod uwagę wszystkie elementy, włącznie ze zmianami cen ropy i ruchami na rynku. Nie mamy gwarancji, że otwarcie jakiegoś połączenia będzie murowanym sukcesem. Możemy tylko przypuszczać i cały czas trzymać rękę na pulsie.
Jesteśmy przewoźnikiem hubowym z Warszawy i tutaj będzie główny punkt nacisku. Problem lotnisk regionalnych wynika z ich nadmiaru. Poza tym istnieje takie fałszywe zdanie, że inne linie rozwijają połączenia z lotnisk regionalnych. One nie rozwijają, tylko ściągają klientów do swoich hubów. Lufthansa z lotnisk regionalnych lata tylko do Frankfurtu i Monachium.
Mamy w głowie sezonowe połączenie atlantyckie, ale tutaj pozostaje kwestia dostępności maszyny. Zresztą skorzystam z okazji, by odnieść się do informacji, że LOT zrezygnował z dochodowego połączenia Chicago – Kraków. Oświadczam, że to połączenie nigdy nie było dochodowe całorocznie. Zyski przynosiło tylko sezonowo.
Jeszcze nie wiadomo. Ograniczają nas możliwości niektórych lotnisk i to też jest swojego rodzaju problem. Należy pamiętać, że wszędzie i każdą maszyną da się wylądować, ale nie wszędzie da się wystartować.
Tak, to jedno z naszych założeń.
Zależy, co panowie rozumiją przez słowo „krótki”. Bombardiery, bo je mam na myśli, mogą latać na dystansach do 1,5 h. W zasięgu będą wszystkie kraje nadbałtyckie, bliska Skandynawia, Czechy, Słowacja, Austria i np. Saloniki.
My to już robimy. Dyskusja dotyczy tylko skali. Żeby hub miał sens pod względem ekonomicznym, musimy zbudować pewną skalę. W Warszawie póki co jest za mała w stosunku do kraju i regionu. I teraz żeby była jasność. Gdy ktoś mówi, że LOT ma funkcję dowozową i nigdy nie będzie takim hubem jak Frankfurt, to ja sobie myślę – chwała Bogu! My jako linia powinniśmy zbudować niszową ofertę i nie powinniśmy zestawiać się z Londynem, Monachium czy Paryżem. Możemy porównywać się do Helsinek czy Wiednia.
Krótki czas przesiadki. Można polecieć w każde miejsce świata. Gdybyśmy chcieli polecieć do Ałma-Aty, to musimy się cofnąć do Frankfurtu i dopiero stamtąd polecieć. Operacja zajmie 16 h. Bezpośrednio z Warszawy zajmie to 6 h. Tu jest pole do popisu. I to nie znaczy, że musimy mieć 200 destynacji. Port w Warszawie jest zbudowany na 23 mln pasażerów, a dziś obsługuje około 10. Mamy jeszcze olbrzymi potencjał wzrostu.
Turkish jest elementem polityki krajowej. Bardzo mocno gra swoją nazwą, przez co promuje kraj i korzysta ze swojego fantastycznego położenia geograficznego. Ze Stambułu może obsłużyć całą Europę i większość Afryki samolotem wąskokadłubowym. Dziesięć lat temu w Turcji postanowiono, że linia będzie bardzo mocnym elementem rozwoju gospodarczego. Skonstruowano linię, która podporządkowuje się hubowi. Ważne, że przez Stambuł – nieważne czy Turkishem. Nie zapominajmy, że nie tylko Turcja zdecydowała się na taką politykę. Singapur Airlines, Emirates, Etihad – to nic innego jak wyraz emanacji decyzji gospodarczych rządów. Tak samo Malaysian Airlines. Tamtejsze władze nie dopuszczą do upadku linii, bo bez nich kraj zostanie wypchnięty na drugi tor znaczenia gospodarczego.
To nierealne. Bruksela może jedynie czuwać nad tym, by poszczególne procesy były realizowane zgodnie z wypracowanymi standardami. Jest ciekawa anegdota dotycząca zależności polityki gospodarczej rządu od naszych połączeń. Skoro rząd chce współpracować z Chinami, LOT powinien otworzyć pięć połączeń do Pekinu. Jeśli z Indiami – to do Delhi. I wszyscy zdają sobie sprawę, że takie połączenia z natury przynosiłyby straty – powiedzmy 200 mln zł. Wystarczy jednak zapytać ekonomistów, ile zarobilibyśmy na takim projekcie z tytułu wzrostu polskiego eksportu. Co najmniej miliard.
Dalszy ciąg materiału pod wideo
Powiązane
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama