Reklama
Opiniował pan projekt ustawy o obronie ojczyzny. Jakie główne wnioski się panu nasuwają?
Po pierwsze, aby w pełni zdefiniować wszystkie elementy składowe tego systemu, trzeba poddać kodyfikacji znacznie szerszy zakres regulacji prawnych niż tylko 14 ustaw. Zatem nazwa ustawy nie jest adekwatna do jej zakresu przedmiotowego i podmiotowego, a jedynie PR-owskim zabiegiem mającym za zadanie odwołać się do patriotycznego ducha narodu.
Po drugie, oczekiwałem diagnozy obecnego systemu, tymczasem mam wrażenie graniczące z pewnością, że oto w sytuacji, kiedy spóźnia się pociąg, decydujemy - dla poprawy punktualności - rozebrać tory. Nie funkcjonuje system rekrutacji - to rozformujemy terenowe oddziały administracji wojskowej (TOAW), wojskowe komendy uzupełnień (WKU) i wojewódzkie sztaby wojskowe (WSzW). Zapominamy przy tym, że właśnie ta administracja niezespolona stanowi więź ministra ze społeczeństwem, a ich zadania wykraczają znacznie poza obszar rekrutacji. Do takich zadań należy chociażby strategiczne rozwinięcie Sił Zbrojnych: mobilizacyjne i operacyjne ich rozwinięcie. Równie kluczowym zadaniem jest wsparcie państwa gospodarza w przyjęciu sojuszniczych sił wzmocnienia HNS (ang. Host Nation Support) czy uwzględnianie w rozwoju infrastruktury kraju potrzeb obronnych państwa poprzez uzgadnianie w imieniu ministra miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego czy planów urbanistycznych. I wreszcie przebudowa systemu zarządzania kryzysowego, elementem którego są WSzW i WKU. W sytuacji kryzysowej, w jakiej się obecnie znajdujemy, przypomina to kopanie studni w czasie pożaru.
Na prezentacji prasowej politycy mówili o radykalnym powiększeniu Wojska Polskiego.

Reklama
Zapowiedź utworzenia 300-tysięcznej armii w czasie pokoju to próba gonienia króliczka, którego nikt nie zamierza złapać. Nie ma takiej potrzeby, aby w czasie pokoju utrzymywać tak liczne stany osobowe. No chyba, że zamierzamy rozmontować istniejący system mobilizacji. Nie jest wszak wiedzą tajemną, że nie ilość decyduje o skuteczności systemu obronnego, lecz jego jakość. Przy czym system jest tak sprawny, jak jego najmniej sprawne ogniwo.
Powinniśmy z całą pewnością zwiększyć wyszkolone rezerwy osobowe do poziomu 300 tys., a może więcej. Ale proszę powiedzieć, czy lepszym kierowcą będzie żołnierz, który w ciągu roku przejedzie trzy, może pięć tysięcy kilometrów, czy kierowca tira, który przejeżdża tyle w ciągu tygodnia, a żołnierki nauczy się na ćwiczeniach rezerwistów? Czy lepiej przygotujemy kucharza w restauracyjnej kuchni, czy w żołnierskiej stołówce w czasie jednego lub dwóch poligonów? Czy operatorzy wózków widłowych w hurtowniach i magazynach zdobędą lepsze kwalifikacje niż żołnierz sporadycznie wykorzystujący taki sprzęt załadowczy? Można by tak wyliczać dłużej. Jedno jest pewne - współczesne Siły Zbrojne to czas profesjonalistów wspieranych dobrze wyszkolonymi rezerwami i zasobami państwa. Pamiętajmy, że same Siły Zbrojne - nawet 300-tysięczne w czasie pokoju - nie stanowią o sile państwa. Do tego trzeba budować odpowiedni potencjał społeczno-gospodarczy i finansowy, wzmacniać potencjał polityczny państwa, jego zdolność do zawierania trwałych sojuszy.
Polski nie stać na 300-tysięczną armię, a z całą pewnością nie na armię miernej jakości, słabo wyszkoloną, zapóźnioną w rozwoju technicznym, zdziesiątkowaną czystkami kadrowymi. I nie mam na myśli tylko budżetu MON, ale całe zasoby państwa - gospodarcze, społeczne, finansowe, osobowe i rzeczowe.
W projekcie ustawy pojawił się zapis, że w 2026 r. na obronność będziemy wydawać co najmniej 2,5 proc. PKB.
Zawarte w projekcie propozycje regulacji prawnych wskazują na rozbieżności między projektowaną ustawą a najnowszą Strategią Bezpieczeństwa Narodowego RP wydaną 12 maja 2020 r. Zakładam więc, że zwierzchnik Sił Zbrojnych prezydent Andrzej Duda nie znał założeń projektu ustawy przed jej prezentacją. W przeciwnym razie wyraziłby swoją dezaprobatę dla sprzecznych zmian. Podobnie jak Siły Zbrojne, do których projekt ten trafił do opiniowania i konsultacji po prezentacji. Pytanie zatem, kto i w jakim celu przygotował ten projekt? Ponownie pojawiła się Pilna Potrzeba Polityczna? Niestety, rządzący założyli, że obecny kryzys na granicy wschodniej stanowi znakomitą trampolinę do wzmocnienia poparcia politycznego, konsekwencją czego jest ten projekt. Zabrakło refleksji strategicznej i potencjału intelektualnego.
Ale co jest nie tak w tym zapisie?
Moje doświadczenia na stanowisku szefa Zarządu Planowania Strategicznego P5, I zastępcy i szefa Sztabu Generalnego WP wskazują, że kluczowe z punktu widzenia racjonalności i skuteczności wydatkowania środków finansowych na modernizację i transformację Sił Zbrojnych jest zapewnienie ciągłości finansowania w dłuższym horyzoncie czasowym. Granica 2 proc. PKB jest racjonalna w obecnych uwarunkowaniach i powinna być stabilna, gwarantowana ustawowo. Dzisiaj niestety mamy sytuację, że od kilku lat zamiast precyzyjnego planowania wydatków mamy do czynienia z nieustającą improwizacją, w której Pilna Potrzeba Polityczna rządzących zastąpiła Pilną Potrzebę Operacyjną Wojska.
Wydajemy miliardy złotych poza kontrolą parlamentu i zapowiedź regulacji w tym zakresie sugeruje pogłębienie tego fatalnego trendu. Tu już nie ma miejsca na potrzeby Sił Zbrojnych. To czysta polityka, a ta rzadko służyła wojsku.
Pana zdaniem problematyczne w tej ustawie są m.in. zmiana systemu mobilizacji, zarządzania kryzysowego, wsparcia państwa gospodarza, rozformowanie w obecnym kształcie administracji wojskowej czy finansowanie i już poza ustawą deklaracje polityczne o zwiększeniu liczby żołnierzy. Odwróćmy to. Co się panu w tej ustawie podoba?
To przede wszystkim zaproponowany system motywacyjny dla żołnierzy najbardziej produktywnych i doświadczonych, zachęcający do pozostania w służbie po osiągnięciu pełnych uprawnień emerytalnych. To wymierne oszczędności dla budżetu i korzyści dla wojska. Takie zachęty znane mi były z czasów studiów w Kanadzie w stosunku do pilotów śmigłowców. Być może trzeba było pójść dalej i stworzyć warunki dla wszystkich żołnierzy do pozostania w służbie do 63. roku życia na wniosek zainteresowanego, w odpowiednich uwarunkowaniach administracyjno-prawnych. Niewątpliwie dobrym rozwiązaniem jest usunięcie powodów odejścia ze służby w związku ze zmieniającymi się uwarunkowaniami dotyczącymi należności mieszkaniowych żołnierzy. To również system zachęt do wstępowania do służby, uwzględniający znaczną konkurencję na rynku pracy, poszukiwanie najlepszych z najlepszych. To wreszcie jakiś pomysł na wykorzystanie potencjału intelektualnego żołnierzy w administracji państwowej po zakończeniu służby wojskowej, gwarantujący pierwszeństwo zatrudnienia.
Jakie są obecnie najpilniejsze potrzeby Wojska Polskiego?
Z całą pewnością powinniśmy budować te zdolności, których brak nie tylko uszczupla nasze przyszłe możliwości obronne, ale ogranicza obecnie istniejące. Powinniśmy nadać najwyższy priorytet budowie wielowarstwowej, wielosystemowej obrony powietrznej i przeciwrakietowej. Wdrożenie tego programu w jego oryginalnej wersji z 2013 r., a więc programów „Wisła” i „Narew”, jest warunkiem sine qua non dalszej modernizacji wojska. Konieczne jest pozyskanie śmigłowców wielozadaniowych dla Wojsk Lądowych, Wojsk Specjalnych, w tym poszukiwawczych, ratowniczych, na potrzeby ewakuacji medycznej. To pozwoli wprowadzić nasze zdolności do działań powietrzno-lądowych na znacznie wyższy poziom, zwiększając mobilność, siłę rażenia, możliwość elastycznego reagowania oraz odstraszania. Aby w pełni wykorzystać istniejący potencjał wojsk pancernych, zmechanizowanych i zmotoryzowanych, konieczny jest zakup śmigłowców uderzeniowych, a więc uruchomienie programu „Kruk” oraz zastąpienie czterdziestoletnich wozów bojowych nowymi, zapisanymi w programie „Borsuk”. Nie potrafiliśmy uporać się z transformacją Marynarki Wojennej, która tonie, w zamian planujemy zakup czołgów. Planujemy zakup F-35 dla Sił Powietrznych, a brakuje nam pilotów dla posiadanych F-16. Warto w kontekście modernizacji technicznej uwzględnić niedobory zdolności NATO w ramach planowania obronnego Sojuszu, w którym od kilku lat nie uczestniczymy. Zapewniam, że czołgów i samolotów w NATO nie brakuje.
To co powinniśmy zrobić w obszarze współpracy sojuszniczej?
Nie jest tajemnicą, że Putin jest graczem nie tylko w wymiarze lokalnym czy regionalnym, ale i globalnym. Chęć odzyskania statusu mocarstwa, świata dwubiegunowego z Rosją na czele, a nie w tle, jest jego celem. Temu są podporządkowane wszelkie próby destabilizacji spójnej kultury świata zachodniego. Nie silmy się więc na wróżenie z fusów, zgadywanie, jaki jest cel Putina. Jedno wszak jest pewne - wszystkie opcje prowadzące do osiągnięcia strategicznego celu są dostępne na stole Putina. Zdolność do elastycznego reagowania, selektywnego ich stosowania, w tym wykorzystanie nadarzających się szans jest niewątpliwie jego silną stroną. Jednocześnie potrafi umiejętnie stwarzać sytuacje, które wręcz wymuszają błędy strony przeciwnej. Tych błędów popełniono dotychczas u nas wiele.
Przez nieznajomość procedur reagowania sojuszniczego oraz z powodu chęci budowy kapitału politycznego nie zdołaliśmy wykorzystać siły i potencjału zarówno soft power - siły politycznej i gospodarczej perswazji UE, jak i hard power - oręża zbrojnego NATO w nasilającym się konflikcie. Zaklinamy rzeczywistość, w której nie potrafimy ocenić z powodu braku przekazu nieobecnych na miejscu dziennikarzy. Rozważamy uruchomienie art. 4 traktatu waszyngtońskiego. Tymczasem wzajemne konsultacje to nie akt jednorazowy, ale proces, którego uruchomienie następuje w ramach jednej z trzech misji NATO - procesu i procedur reagowania kryzysowego. Procesu, do którego - według zapisów Strategii Bezpieczeństwa Narodowego RP - miał być dostosowany nasz narodowy system reagowania. Tyle że zgodnie z omawianym projektem ustawy utrwalamy jego wyłącznie narodowy charakter. Chyba dość tych błędów. Nie popełniajmy kolejnego poprzez implementację projektu ustawy o obronie ojczyzny w sytuacji, gdy dom płonie.
Historia uczy, że eksperymentowanie na żywym organizmie zwykle przynosi wątpliwe efekty, kończące się najczęściej agonią lub śmiercią pacjenta. Jedna rewolucja na sto lat to o jedną rewolucję za dużo. Szanuję nakład wykonanej przez autorów pracy i wspieram liczne, dobre propozycje przedłożonego projektu. Obawiam się jednak, że jako całość to nie ten czas, nie ten zakres, nie te rozwiązania. ©℗
Rozmawiał Maciej Miłosz