Chodzi o dwa akty prawne: Kodeks usług cyfrowych (DSA) oraz Kodeks rynków cyfrowych (DMA), które Komisja Europejska zaproponowała w grudniu. Ten drugi jest skierowany głównie do wielkich platform jak Google, Facebook czy Amazon, które będą określane jako „strażnicy dostępu”. To na nich DMA nałoży nowe obowiązki, a rozliczać je z ich wykonywania ma sama Komisja.
Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii, pytane o stanowisko wobec DMA, wyraża poparcie, ale ma zastrzeżenia. Zgadza się, że wiodącą rolę w nadzorze nad działalnością platform i egzekwowaniu zapisów rozporządzenia powinna pełnić Komisja. – Mamy jednak wątpliwości co do poziomu zaangażowania państw członkowskich. Naszym zdaniem jest on zbyt mały, szczególnie w zakresie wyznaczania strażników dostępu czy modyfikowania listy obowiązków wymagających doprecyzowania – akcentuje MRPiT. Komisja zaproponowała powołanie Komitetu Doradczego ds. Rynków Cyfrowych składającego się z przedstawicieli krajów UE. W ocenie resortu właśnie to ciało powinno stanowić najmocniejszą reprezentację państw członkowskich.
Także UOKiK jest sceptyczny wobec zakusów Komisji. – To potrzebne regulacje, wymagają jednak szlifów – mówi prezes Tomasz Chróstny. – Komisja Europejska dąży do uzyskania wyłączności w zakresie podejmowania działań wobec bigtechów. My stoimy na stanowisku, że bardzo ważne jest zachowanie przestrzeni dla krajowych regulatorów, we współpracy z Dyrekcją Generalną ds. Konkurencji Komisji – zaznacza. Jego zdaniem część praktyk firm technologicznych – z zakresu konkurencji, czy też naruszających zbiorowe interesy konsumentów, może dotyczyć poszczególnych państw, a nie całego unijnego rynku. Dlatego tak ważne jest umożliwienie krajowym regulatorom podejmowania działań wobec koncernów, a nie tylko wnioskowania w tej sprawie do KE. – To zbyt istotna materia, aby zaakceptować wyłączenie z niej krajowych regulatorów. Doświadczenie pokazuje bardzo wymierne sukcesy w tej dziedzinie regulatorów francuskiego, szwajcarskiego, włoskiego czy niemieckiego – uważa Chróstny. UOKiK dąży do tego, by umożliwić narodowym regulatorom prowadzenie niezależnych postępowań.
Reklama
Optykę strony polskiej podziela Marta Pawlak, ekspertka ds. prawnych z rady Fundacji StartUpPoland. Przypomina, że KE chce, by kryteria dla strażników dostępu wyznaczały progi przychodów– 6,5 mld euro obrotu i liczby użytkowników – 45 mln. – Naszym zdaniem progi te są arbitralne i sztuczne. A skutkiem ich przyjęcia będzie to, że firmy przestaną się rozwijać, by ich nie przekroczyć – przestrzega. Proponuje, by wyznaczenie strażników dostępu było określane indywidualnie w odniesieniu do konkretnych praktyk na określonych rynkach. – Krajowi regulatorzy mają w tej sprawie większe pole do działania i weryfikacji przedsiębiorstw, które mogą naruszać zasady prawa konkurencji – mówi prawniczka.
Propozycji Komisji broni z kolei Katarzyna Szymielewicz, prezes Fundacji Panoptykon. – Mamy do czynienia z jedną regulacją, która dotyczy firm działających ponad granicami krajów – mówi. W jej ocenie ważne jest to, by prawo wobec nich egzekwowane było harmonijnie, a nie na zasadzie szukania rynków, na których traktowane są łagodniej lub surowiej. DMA można nieco porównać do RODO, w przypadku którego, jeżeli dana firma działa ponad granicami państw – ewentualne postępowania koordynowane są przez KE. – W przypadku DMA mamy do czynienia wyłącznie z koncernami działającymi ponad granicami, a więc mówimy o postępowaniach transgranicznych – zauważa.
Krytyczny wobec postulatów UOKiK jest Jan Zygmuntowski z Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie i współprzewodniczący Polskiej Sieci Gospodarczej. Zwraca uwagę, że polscy regulatorzy nie traktowali do tej pory wielkich koncernów zbyt rygorystycznie. – Pan prezes zwrócił uwagę na świetne działania regulatorów włoskich, francuskich, niemieckich. My przychodziliśmy do UOKiK, pokazując, co robią ci inni regulatorzy i prosząc, by wszczął takie same działania np. w sprawach związanych z gromadzeniem danych konsumentów lub erozją konkurencji wywoływaną przez Amazona. Nie doczekaliśmy się żadnych działań – zaznacza.
Jego zdaniem nadzór nad bigtechami może odbywać się wielotorowo, zwłaszcza że platformy mogą podejmować pewne działania na niektórych rynkach z większą intensywnością. – Przykładem jest Airbnb, który wpływa mocno na rynek mieszkaniowy w państwach silnie dotkniętych turystyką. Narodowi regulatorzy powinni mieć narzędzia wglądu do tych platform – uważa. Ale warunek jest jeden – muszą działać prężnie.