Wierzymy, że w spokojniejszych czasach różnorodność naszego zestawienia będzie większa. I że będzie to świadczyć o rozwoju i sile polskiej gospodarki, także – a może przede wszystkim – w jej prywatnej części. Lista i kolejność na niej mają oczywiście subiektywny charakter – wpływu nie da się dokładnie zmierzyć lub zważyć. Niektóre postaci świadomie pominęliśmy. Przykładowo, to jasne, że polityka rządu musi mieć akceptację lidera większości parlamentarnej, czyli Jarosława Kaczyńskiego. Wiele decyzji personalnych zapewne też. Ale nie powiedzielibyśmy chyba, że prezes PiS aktywnie uczestniczy w życiu gospodarczym i stara się usilnie na nie oddziaływać.

W wielu przypadkach nie przesądzamy, czy wpływ, o którym piszemy, był pozytywny, czy negatywny. Czasem to oczywiste, ale innym razem jest za wcześnie, by to oceniać. Niekiedy opinia zależeć może od przekonań lub interesów oceniającego. Wolimy więc mówić o faktach, a ich interpretację pozostawiamy Czytelnikom.

Na koniec najważniejsze: polska gospodarka nie zatonęła; dobrze sobie radzi, a jak na warunki pandemii – znakomicie. Umiejętnie wykorzystuje wszystkie pozytywne wpływy, potrafi sobie radzić z negatywnymi. Dzięki temu ma szansę na mocne odbicie, może nawet na swego rodzaju „powojenną” eksplozję aktywności ekonomicznej. I wszyscy, którzy się do tego przyczyniają, bez względu na to, czy zostali wymienieni na naszej liście, czy nie, zasługują na uznanie

Ranking 50 najbardziej wpływowych w polskiej gospodarce 2020 [MIEJSCA 50-41]

Ranking 50 najbardziej wpływowych w polskiej gospodarce 2020 [MIEJSCA 40-31]

Ranking 50 najbardziej wpływowych w polskiej gospodarce 2020 [MIEJSCA 30-21]

Ranking 50 najbardziej wpływowych w polskiej gospodarce 2020 [MIEJSCA 20-11]

10. Boris Johnson

Boris Johnson / ShutterStock

Pod względem dramaturgii brexit był jak dobry serial – do samego końca trzymał w napięciu. Z pewnością dołożyła się tu jeszcze w 2019 r. zmiana głównego bohatera, czyli brytyjskiego premiera, z eresy May na Borisa Johnsona. Była to kluczowa decyzja fabularna z punktu widzenia polskiego biznesu. Były burmistrz Londynu wygrał wyścig do mieszkania przy Downing Street 10 dzięki jednej obietnicy: że ostatecznie wyprowadzi Wielką Brytanię z Unii Europejskiej, bez względu na koszt. Tłumacząc tę godnościową postawę na język biznesowy: Johnson był gotów na twardy brexit, czyli bez uregulowania niezliczonych drobnych spraw, którymi nie musiały się dotychczas przejmować firmy po obu stronach kanału La Manche. To nie zostało przyjęte dobrze w Polsce, dla której Wielka Brytania jest jednym z najważniejszych rynków eksportowych. Twardy brexit zagroziłby sprzedaży wartej w skali roku ponad 60 mld zł (licząc również usługi – ponad 80 mld). Retorykę Johnsona w ub.r. przykryła oczywiście pandemia. Za covidową mgłą odbywało się jednak przeciąganie liny między Londynem a Brukselą, którego efektu nikt do ostatniej chwili nie mógł być pewien i faktycznie porozumienie udało się osiągnąć dopiero w okolicy Bożego Narodzenia. Polskie fi rmy niemal do końca roku nie miały więc pojęcia, na jakich zasadach będą prowadzić interesy ze swoimi partnerami znad Tamizy. Część zapewne do dziś boryka się z formalnościami, jakie pojawiły się na skutek brexitu (choć umowa przewiduje handel bez żadnych limitów ilościowych oraz ceł). Trudno powiedzieć, jaki będzie długofalowy wpływ rozwodu na nasz biznes. Na razie wiemy tylko, że polski eksport do Wielkiej Brytanii był w pierwszych dwóch miesiącach tego roku o 12 proc. mniejszy niż rok wcześniej (w styczniu był spadek o jedną czwartą). Postawa Johnsona pomogła naszym przedsiębiorstwom pod koniec 2020 r.: wielu brytyjskich kontrahentów postanowiło zamówić więcej, kiedy handel odbywał się jeszcze tak, jak gdyby Wielka Brytania była

9. Sundar Pichai, Satya Nadella, Eric Yuan

Bloomberg

Na pierwszy lockdown nikt nie był przygotowany – ani w Polsce, ani na świecie. Nagle okazało się, że zamiast jechać do biur, będziemy pracować w domach i to obok dzieci, które nie mogą iść do szkoły. Że nie odbędą się konferencje, fora ani inne zgromadzenia, a planu działania nie ustalimy, siedząc przy jednym stole na zebraniu. Wtedy wszyscy odkryliśmy aplikacje do wirtualnych spotkań. Wcześniej funkcjonowały na marginesie, a w 2020 r. stały się codziennością do tego stopnia, że osoby umawiające się na spotkania nie pytają już, w której kawiarni, tylko na jakiej platformie. Ogromną popularność zdobyły narzędzia do wideokonferencji od amerykańskich fi rm: Zoom, Google Meet i Microsoft Teams. Najmocniej wystrzeliła ta pierwsza platforma, kierowana przez Erica Yuana, obecna na rynku od 2013 r. W grudniu 2019 r. dzienna liczba uczestników spotkań na Zoomie wynosiła 10 mln. Ale już po pierwszych miesiącach lockdownu, w kwietniu ub.r. poszybowała do 300 mln. Zoom narobił przy okazji sporo zamieszania, bo osoby odbywające więcej spotkań jednego dnia liczy wielokrotnie. Liczbę jego użytkowników (uczestników przynajmniej jednego spotkania) można na tej podstawie szacować na ok. 200 mln. Młodsze platformy – Microsoft Teams i Google Meet – działają od 2017 r., lecz także rozkwitły dopiero podczas pandemii. Prezes Google’a Sundar Pichai chwalił się w kwietniu, że z Meet korzysta dziennie średnio 100 mln osób i każdego dnia przybywa ich ok. 3 mln. Platforma Microsoftu, którym kieruje Satya Nadella, w pandemiczny marzec weszła z 32 mln użytkowników, a dwa miesiące później ich liczba skoczyła do 75 mln. W październiku koncern ogłosił, że Microsoft Teams aktywnie używa ma już 115 mln ludzi. Obecność Google'a i Microsoftu w Polsce to jednak nie tylko wideokonferencje, oraz najpopularniejsza wyszukiwarka i system operacyjny. Jako partnerzy Chmury Krajowej zadeklarowały one w ub.r. spore nakłady inwestycyjne nad Wisłą – głównie na centra przetwarzania danych. W sumie Google i Microsoft mają na to w najbliższych latach przeznaczyć 3 mld dol.

8. Jadwiga Emilewicz

Jadwiga Emilewicz / Agencja Gazeta / Fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta

Jeszcze jako wicepremier i minister rozwoju ogłaszała wspólnie z premierem Morawieckim pierwsze tarcze antykryzysowe, zakładające m.in. zwolnienia z ZUS czy dopłaty dla fi rm. Dzięki tego rodzaju instrumentom odpowiedź fi skalna Polski na kryzys wywołany przez COVID-19 sięgnęła już ok. 200 mld zł. Wcześniej Emilewicz w dużej mierze na swoje barki wzięła trudne negocjacje ze środowiskiem taksówkarskim i przyszykowanie przepisów, które na nowo uregulowały rynek przewozu osób (tzw. lex Uber). Z naszych rozmów wynika także, że Emilewicz odegrała dużą rolę przy odwodzeniu partii rządzącej od organizacji prezydenckich wyborów kopertowych w maju ub.r. Politycznie 2020 r. był dla niej jednak czasem ostrych zawirowań. Wpierw skonfl iktowała się z liderem swojego ugrupowania, co zakończyło się jej odejściem z Porozumienia. – Z Jarosławem Gowinem nie zgadzałam się ani w maju, kiedy wewnątrzkoalicyjny spór o termin wyborów postanowił on przenieść na forum publiczne, ani w tej chwili, kiedy, w krytycznym dla prawicy głosowaniu nad ustawą o ochronie zwierząt, podjął decyzję o wstrzymaniu się od głosu, ponownie ryzykując stabilność i istnienie koalicji – tłumaczyła we wrześniu. Zaraz potem przy rekonstrukcji rządu padła ofi arą rozdziału partyjnych łupów. Choć Prawo i Sprawiedliwość przez moment suflowało wariant, w którym znajdzie dla Emilewicz jakąś funkcję „na innym odcinku polskiej państwowości”, to te plany właściwie się nie zmaterializowały – nie licząc okresowej pomocy byłej wicepremier przy cyfryzowaniu Głównego Inspektoratu Sanitarnego (w charakterze doradcy społecznego). W styczniu tego roku na to wszystko nałożyła się potężna wizerunkowa wpadka, gdy TVN24 przyłapał Jadwigę Emilewicz z rodziną w zimowym kurorcie – pomimo obowiązujących wówczas obostrzeń mających na celu przeciwdziałanie epidemii. Była wicepremier trafi ła na polityczny boczny tor, pełniąc dziś rolę niezrzeszonej posłanki. Próbuje jednak odkupić winy, pracując jako wolontariuszka w jednym z poznańskich punktów szczepień. Dalej zamierza też być aktywna jako posłanka, m.in. w tematyce zielonej energii. Wiele wskazuje na to, że nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa w wielkiej polityce

7. Jacek Jastrzębski

Materiały prasowe / Materialy prasowe

Działania przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego to zawsze przedmiot gorących sporów – ale zwykle ograniczonych do światka naszego rynku finansowego. Jastrzębskiemu udało się w ub.r. wyjść z tej bańki. Przede wszystkim za sprawą przedstawionej pod koniec ub.r. propozycji przewalutowania hipotek frankowych po kursie z dnia udzielenia kredytu. Jeśli pomysł uda się zrealizować, będzie to oznaczać wielomiliardowe straty dla banków, ale też zamknięcie problemu, z którym kredytodawcy, kredytobiorcy i decydenci nie byli w stanie sobie poradzić ładnych parę lat. KNF uczestniczyła w stabilizowaniu sytuacji po pojawieniu się pandemii. Nadzór zdecydował się na wiele ułatwień dla instytucji finansowych. Dla podniesienia stabilności sektora wymagał w zamian zatrzymania zysków wypracowanych w poprzednim roku (przyczyniło się to do ograniczenia skali wypłat dywidend za granicę). Cały czas trwało też czyszczenie rynku finansowego po serii afer z poprzednich lat. Chodzi przede wszystkim o GetBack. Te starania nie przywróciły pieniędzy amatorom wysokich odsetek (i dużego ryzyka), czyli nabywcom obligacji firmy windykacyjnej. Ale przełożyły się na ponad 20 mln zł kar dla podmiotów współpracujących w przeszłości z GetBackiem. Jedna trzecia przypadła na Altus TFI, któremu w dodatku nadzór odebrał zgodę na zarządzanie funduszami inwestycyjnymi (nie była to pierwsza decyzja tego typu). A prawie połowa – na Idea Bank. Sankcja na tę instytucję została nałożona na kilka tygodni przed tym, jak zniknęła ona z rynku, przymusowo przejęta przez Bank Pekao. W samym zniknięciu Idei nadzór też miał pewien udział. O wszczęciu procedury przymusowej restrukturyzacji decyduje co prawda Bankowy Fundusz Gwarancyjny, ale KNF musi dać sygnał do działania. Instytucja kierowana przez Jacka Jastrzębskiego ma sporo do powiedzenia, jeśli chodzi o obsadę kluczowych stanowisk w instytucjach finansowych. W ub.r. przez długie miesiące trzymała w szachu chętnych na stanowiska prezesa w kontrolowanych przez państwo podmiotach. Finalnie wszyscy kandydaci dostali zgody (część już w tym roku).

6.Tomasz Chróstny

Tomasz Chróstny, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, fot. Agnieszka Murak/Materiały prasowe / Media

Szef urzędu antymonopolowego w ub.r. dał się we znaki zwłaszcza bankom i firmom pożyczkowym. Bankowcy nie darzą go sympatią za nieprzejednane stanowisko w sprawach frankowych. Chróstny obrał twardy, prokonsumencki kurs, co widać nie tylko w tym, co mówi, lecz także w decyzjach jego urzędu. Dowód: nałożenie na banki kar o łącznej wartości 143 mln zł za stosowanie niedozwolonych klauzul spreadowych w umowach o kredyt hipoteczny. To UOKiK pilotował przepisy antylichwiarskie wprowadzone przy okazji jednej z ustaw antycovidowych na początku pandemii. Chodziło o to, by zabezpieczyć klientów przed wpadnięciem w pętlę zadłużenia. Skutkiem drakońskiego obniżenia limitów na koszty pożyczek jest wypadnięcie z rynku nawet jednej czwartej fi rm pożyczkowych i głębokie spadki sprzedaży pożyczek. Na to, kto w większym stopniu bierze stronę klientów banków czy firm pożyczkowych, szef UOKiK licytował się z rzecznikiem finansowym. Powód: pomysł na likwidację tej ostatniej instytucji i przeniesienie jej kompetencji do urzędu antymopolowego. Nad projektem w tej sprawie pracuje obecnie Sejm. Wiele kontrowersji wywołały decyzje Chróstnego dotyczące mediów. Zaczęło się dobrze: w czerwcu ub.r. zgodził się na przejęcie Ruchu przez PKN Orlen. Rynek przyjął to z nadzieją, że gigant paliwowy wyciągnie drugiego co do wielkości kolportera prasy z kłopotów finansowych – rykoszetem uderzających w wydawców. Pod koniec roku Orlen zgłosił się po zgodę na kupno Polska Press – największego wydawcy dzienników regionalnych – i wtedy zakusy państwowej spółki wobec mediów wzbudziły niepokój. Chróstny szybko wydał zgodę (rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar złożył w sądzie odwołanie, argumentując, że UOKiK nie zbadał, czy nie dojdzie do ograniczenia wolności prasy). Długo trwało natomiast rozpatrywanie wniosku Agory o zgodę na przejęcie Radia Zet, które zakończyło się odmową

5. Gertruda Uścińska, Beata Daszyńska-Muzyczka

PAP

Kierowane przez nie instytucje były ważnymi operacyjnymi fi larami reakcji państwa na pandemiczny kryzys. Zakład Ubezpieczeń Społecznych Uścińskiej jednocześnie operował w trzech obszarach. Pierwszym było wsparcie dla płatników polegające na zwolnieniu z opłacania składek, ale także wypłacie postojowego dla osób samozatrudnionych. Drugi to wypłata świadczeń w warunkach kryzysowych, także tych nadzwyczajnych, jak dodatkowe wychowawcze dla rodziców. ZUS doszedł także obowiązek wypłat dla osób, które znalazły się w kwarantannie lub izolacji. ZUS razem z PFR były najbardziej efektywne w udzieleniu pandemicznej pomocy. Podobnie jak inne instytucje w trakcie pandemii ZUS musiał się przestawić w dużej mierze na pracę zdalną, wprowadzono nawet zdalne wizyty w urzędzie. W tym instytucja podległa prezes Uścińskiej była pierwsza. Pandemia pokazała także, jakim bonusem okazało się wcześniejsze zelektronizowanie usług. Mimo gospodarczych turbulencji na koniec 2020 r. w rejestrach ZUS było o 50 tys. więcej zarówno płatników, jak i ubezpieczonych niż w lutym 2020 r., czyli przed początkiem lockdownu. Świadczy to o skuteczności wsparcia z punktu widzenia stabilizowania rynku pracy. Zwolnienia ze składek, dodatkowe świadczenia postojowe i wzrost wypłaty zasiłków chorobowych i opiekuńczych ZUS kosztowały 30 mld zł. Kierowany przez Beatę Daszyńską-Muzyczkę Bank Gospodarstwa Krajowego uzupełniał działania PFR. Fundusz odpowiedzialny był za bezpośrednie transfery pomocy dla firm, BGK odpowiadał za gwarancje czy dopłaty do oprocentowania kredytów obrotowych. Zasady gwarancji kredytowych de minimis zmodyfikowano już w pierwszym miesiącu pandemii w Polsce. Stopniowo uruchamiano kolejne programy. Łącznie dzięki gwarancjom BGK 70 tys. przedsiębiorców uzyskało 60 mld zł. Państwowy bank zajmował się także obsługą Funduszu Przeciwdziałania COVID-19, zapewniając jego finansowanie. Pieniądze z tego funduszu przeznaczone są na finansowanie zadań związanych z walką z pandemią. Do dziś wydatki z niego przekroczyły 100 mld fot. Piotr Waniorek/mat. prasowe złotych.

4. Jan Sarnowski

Jan Sarnowski, wiceminister finansów fot. Wojtek Górski / Dziennik Gazeta Prawna

Wysoka pozycja wiceministra finansów jest trochę na kredyt – bierze się w dużej mierze z tego, co resort finansów zamierza dopiero wprowadzić w podatkach (lub właśnie wprowadził). Dziś jeszcze trudno np. stwierdzić, jak duże znaczenie dla sektora przedsiębiorstw będzie miał tzw. estoński CIT, czyli odroczenie opodatkowania zysku firmy do czasu jego wypłaty. W założeniu ma to motywować przedsiębiorców do inwestowania w rozwój. Jeśli rozwiązanie wypali, to choćby za ten konkretny projekt należy się Janowi Sarnowskiemu uznanie, bo to on go od początku pilotował. Choć niewykluczone, że – biorąc pod uwagę na razie niewielkie zainteresowanie – to rozwiązanie będzie wymagało poprawek. Proinwestycyjnie mogą też zadziałać różne ulgi, jakie resort finansów zapowiadał już w ub.r., a które zapewne znajdą się też w Nowym Ładzie, czyli rządowym programie pocovidowej odbudowy gospodarki. Sarnowski anonsował m.in. takie pomysły, jak ulga na prototypy czy na robotyzację. W sumie wszystkie probiznesowe zmiany miały – według jego własnych wyliczeń – zostawić w tym roku w kieszeniach przedsiębiorców ok. 7 mld zł. Oprócz zapowiadanych ulg i estońskiego CIT efekt ten miałby być osiągnięty m.in. przez rozszerzenie grupy podatników, którzy mogą korzystać z 9-proc. stawki CIT (próg przychodów podniesiono z 1,2 mln euro do 2 mln euro rocznie) oraz tych, którzy mogą rozliczać podatek PIT od działalności gospodarczej w formie ryczałtu (limit podniesiono z 250 tys. do 2 mln euro). Ale stwierdzenie, że wiceminister Sarnowski bez problemu znajduje wspólny język ze środowiskiem przedsiębiorców, byłoby mocno na wyrost. Równolegle ze strategią marchewki MF w podatkach używa metody kija, łatając dziury w systemie podatkowym. Z najnowszych pomysłów można wymienić uszczelnienie VAT w handlu elektronicznym – rząd przyjął już przepisy (wprowadzające zasady unijne), których celem jest ograniczenie napływu nieopodatkowanych paczek na terytorium UE z tzw. krajów trzecich, np. z Chin. Największe kontrowersje wzbudziły jednak przeforsowane w ub.r. zmiany w opodatkowaniu spółek komandytowych

3. Ursula von der Leyen

Ursula von der Leyen / ShutterStock

Umowy wynegocjowane w 2020 r. z koncernami farmaceutycznymi na zakup szczepionek były tak bardzo niesatysfakcjonujące, że przewodniczącą Komisji Europejskiej chciano odwołać ze stanowiska. Przyniosły bardzo powolne dostawy preparatów i Unia Europejska pod względem tempa szczepień została zdystansowana zarówno przez Wielką Brytanię, jak i Stany Zjednoczone. W zeszłym roku Ursula von der Leyen stała się jednak przede wszystkim twarzą programów pomocowych kierowanych do poszkodowanych krajów unijnych, z bezprecedensowym funduszem odbudowy na czele. Poparta jeszcze w maju przez Francję i Niemcy propozycja zakłada wspólne zadłużenie na kwotę 750 mld euro. Pieniądze trafi ą do 27 stolic w formie bezzwrotnego wsparcia oraz pożyczek. Dotacje o łącznej sumie 390 mld euro mają być potem spłacane ze wspólnych europejskich podatków. Nigdy jeszcze Komisja Europejska nie dysponowała tak dużymi pieniędzmi, bo łącznie z siedmioletnią perspektywą budżetową instytucja ta będzie zarządzać blisko 2 bln euro. Fundusz odbudowy nadal czeka na uruchomienie. Zależy to od krajów członkowskich, które muszą ratyfi kować decyzję umożliwiającą zaciągnięcie wspólnego długu. Rządy muszą przesłać też swoje plany odbudowy. A te mają odpowiadać celom klimatycznym UE i być zgodne z ideą Europejskiego Zielonego Ładu (wcześniejszej propozycji szefowej KE), który ma stać się kołem zamachowym wychodzenia z kryzysu. Wspólny europejski dług cieszy się olbrzymim zainteresowaniem inwestorów. Pokazuje to popularność pierwszego instrumentu powołanego do walki z gospodarczymi skutkami pandemii SURE. W jego ramach KE pieniądze pozyskane z emisji obligacji kieruje do państw członkowskich na walkę z bezrobociem. Za każdym razem, kiedy Bruksela wychodziła na rynek, zainteresowanie inwestorów przebijało ofertę ponaddziesięciokrotnie. Łączna wartość programu to 100 mld euro – ponad jedna dziesiąta przypadła na Polskę. W całej UE w jego ramach wsparto w ub.r. 25–30 mln osób. To około jedna czwarta wszystkich osób zatrudnionych w 18 państwach korzystających z instrumentu

2. Łukasz Szumowski, Adam Niedzielski

Łukasz Szumowski Adam Niedzielski / Agencja Gazeta

Jeszcze nigdy szef resortu zdrowia nie miał tak dużego i bezpośredniego wpływu na to, co się dzieje w gospodarce – zarówno w skali makro, jak i w najmniejszych firmach. Od marca zeszłego roku, kiedy pojawiły się w Polsce pierwsze przypadki koronawirusa, wszystkie oczy zwróciły się na ówczesnego ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego, a później na jego następcę Adama Niedzielskiego. To oni składali propozycje dotyczące skali lockdownu. Całe sektory były zamykane i otwierane w zależności od sytuacji epidemicznej. Kraj żył tym, które branże będą wyłączone i na jak długo: począwszy od fryzjerów i kosmetyczki po wielkie centra handlowe. Oprócz tak bezpośredniego wpływu na sytuację biznesu minister zdrowia (jeden i drugi) miał także wpływ pośredni. Po pierwsze, to od niego zależało zamykanie i otwieranie przedszkoli i szkół, a więc nie tylko sytuacja w edukacji, ale przede wszystkim: kto będzie mógł pójść do pracy. Rodzice dzieci do ósmego roku życia dostawali dodatki opiekuńcze, które pozwalały im na zostanie w domu, a więc absencję w pracy. Ważne jest jednak również ujęcie długofalowe: ogólny stan zdrowia Polaków i sytuacja epidemiczna. Z tego punktu widzenia istotne były decyzje dotyczące organizacji służby zdrowia. Niepokojące są dane o wysokiej śmiertelności oraz o przekładaniu terapii osób z innymi chorobami niż COVID-19. To będzie miało odroczony wpływ na rozwój gospodarczy. Ministerstwo do tej pory zajmujące się polityką zdrowotną na początku epidemii włączyło się również w zakupy środków związanych z walką z epidemią: testy antygenowe, maseczki, respiratory. Wielomilionowe zakupy resortu kierowanego jeszcze przez Łukasza Szumowskiego budziły w niektórych przypadkach (maseczki czy respiratory) ogromne kontrowersje.

1. Mateusz Morawiecki, Paweł Borys, Adam Glapiński

<p>Mateusz Morawiecki, Adam Glapiński, Paweł Borys</p> / Dziennik Gazeta Prawna

Głównodowodzący, szef sztabu i kasjer – tak można określić rolę, jaką w minionym wyjątkowym roku pełniła ta trójka. Mateusz Morawiecki musiał balansować między polityką pandemiczną a gospodarczą, tak by łagodzić uderzenia COVID-19 w całe sektory i branże. To on podejmował najważniejsze – na dobre i na złe – decyzje dotyczące zamykania gospodarki, ale także pomocy udzielanej firmom. Reakcja była bezprecedensowa: pakiet fiskalny wyniósł 7,7 proc. PKB i należał do największych w krajach Unii Europejskiej. Efekty widać na tle innych krajów: niska recesja oraz mały wzrost bezrobocia. Równolegle premier był aktywny w rozmowach na forum UE w sprawie wieloletniego budżetu i funduszu odbudowy, co może zakończyć się największym w historii transferem euro dla Polski. Istotne były również decyzje w sprawie polityki klimatycznej, które potwierdziły kurs naszej gospodarki w stronę unijnego Nowego Ładu. Nie jest tajemnicą, że chociaż Paweł Borys jest poza rządem, to był jednym z głównych autorów rozwiązań, które złożyły się na rządową tarczę antykryzysową. Jednocześnie jako szef Polskiego Funduszu Rozwoju bezpośrednio odpowiadał za Tarczę Finansową, czyli segment działań antykryzysowych polegający na uruchomieniu bezpośredniej pomocy do firm. Z punktu widzenia skali i szybkości wypłaty środków było to działanie bezprecedensowe. Łącznie z późniejszą tarczą branżową kwota wsparcia to ok. 100 mld złotych. Rola szefa banku centralnego w tym triumwiracie była nie mniej ważna niż pozostałej dwójki. Adam Glapiński przejdzie do historii jako prezes Narodowego Banku Polskiego, który w warunkach gospodarki rynkowej zaczął skupować obligacje rządowe i gwarantowane przez rząd. Zapamiętamy go też z niemal zerowych stóp procentowych. Skup obligacji i zerowe stopy nie są niczym nowym w krajobrazie światowej gospodarki, jednak dla takich rynków jak polski były do tej pory tematem tabu. Pod koniec roku miała miejsce szarża banku na rynku walutowym w celu osłabienia złotego. Przyniosła ona wysoki zysk NBP (w sumie przekroczył 9 mld zł), którego lwia część w tym roku zasili budżet