Jak jednak zastrzega nasz rozmówca z rządu, nie należy się spodziewać daleko idących zmian. – Jeśli cokolwiek zostanie otwarte, to tylko w ścisłym reżimie sanitarnym. Na pewno nie otworzymy restauracji ani siłowni, bo wciąż w pamięci mamy artykuł z „Nature”, w którym wykazano, że w takich miejscach dochodzi do transmisji wirusa – wskazuje nasz informator.
Reklama
To samo słyszymy od drugiego rozmówcy z kręgów rządowych. – Bazujemy na modelach matematyków z Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego. Mówimy bardziej o korektach niż jakimś wielkim luzowaniu – mówi i sugeruje, że w grę może wchodzić ponowne otwarcie centrów handlowych w reżimie sanitarnym.

Reklama
Jak pisaliśmy w DGP, niewykluczony jest też częściowy powrót starszych dzieci do szkół. W zeszły piątek rząd wydał zgodę na stacjonarną organizację próbnych egzaminów maturalnych oraz ósmoklasisty.
– Eksperci mówią, że jeśli cokolwiek luzować, to te miejsca, w których ludzie poruszają się w maseczkach i trzymają dystans – zauważa jeden z naszych rozmówców. Dlatego najbardziej prawdopodobne jest właśnie otwarcie galerii handlowych. Nie ma za to zgody na ponowne uruchomienie gastronomii serwowanej na miejscu. Małe są też szanse na otwarcie hoteli, nawet z wprowadzeniem ograniczenia liczby miejsc. – Teraz, przy zdalnej nauce starszych dzieci, byłaby to zachęta do wyjazdu na ferie. A od tego zaraz ruszyłyby hotelowe bary i restauracje, a to bardzo zwiększyłoby ryzyko epidemiczne – dodaje nasz rozmówca.
Rząd jest pod coraz większą presją, jeśli chodzi o politykę obostrzeń. Coraz więcej przedsiębiorców, mimo zakazów i ryzyka utraty wsparcia z rządowej tarczy, decyduje się otwierać restauracje czy kluby, bo brakuje im środków do życia. Z drugiej strony rząd boi się poluzować restrykcje, nawet mimo ustabilizowanej sytuacji epidemicznej. Wczoraj poinformowano o 4,6 tys. nowych przypadków zakażeń COVID-19 i 264 zgonach. Zdaniem ministra zdrowia Adama Niedzielskiego „daje to przestrzeń do rozmowy” o zniesieniu niektórych obostrzeń. – Ale uczulam, że trzeba patrzeć nie tylko na własne podwórko, ale i na to, co się dzieje dookoła. Mamy ryzyko transmisji wirusa brytyjskiego lub południowoafrykańskiego – zwrócił wczoraj uwagę minister.
Wśród obywateli widać zniecierpliwienie i frustrację covidową rzeczywistością. Pokazuje to najnowszy sondaż United Surveys dla DGP i RMF, w którym 47 proc. pytanych poparło samowolne otwieranie przez przedsiębiorców ich biznesów wbrew covidowym zakazom. Przeciwnego zdania jest 40 proc. pytanych. – Odpowiadając na to pytanie, tak naprawdę nie popierają łamania przepisów. Sami nie chcą otwartych restauracji czy stoków, bo na co dzień i tak z nich nie korzystają. Desperacko chcą za to, by pandemia natychmiast się skończyła i życie było jak dawniej. Otwarcie biznesu jest takim symbolem powrotu do stanu sprzed pandemii. Wiedzą, że to irracjonalne, ale emocje związane z frustracją są bardzo silne – mówi Marcin Duma z United Surveys i – jak dodaje – potwierdzają to badania jakościowe.
Zapytaliśmy też ankietowanych, jakie obostrzenia powinny być znoszone w pierwszej kolejności. Miejsce numer jeden to powrót do szkół podstawowych dzieci z najstarszych klas (30 proc. wskazań). W dalszej kolejności znalazło się otwarcie restauracji i barów (26 proc.) oraz powrót uczniów do szkół średnich. Kolejne pozycje to zgoda na otwarcie hoteli czy galerii handlowych. Wskazania różnią się w zależności od wieku ankietowanych. W najmłodszej grupie badanych w wieku 18–29 lat najczęściej powtarza się postulat poluzowania restrykcji wobec barów i restauracji. – To nie ranking tego, co powinno być otwierane, ale raczej ranking uciążliwości – podkreśla Duma.
Rząd znajduje się pod coraz większą presją ze strony opozycji. Na wczorajszym spotkaniu premiera Mateusza Morawieckiego z przedstawicielami klubów parlamentarnych pojawiły się postulaty, nad którymi rząd obiecał się pochylić. Chodzi o możliwość kupienia szczepionek poza solidarnościowym mechanizmem unijnym oraz włączenia pacjentów onkologicznych do grup priorytetowych.
Największy klub opozycyjny – Koalicja Obywatelska – zgłosił wczoraj szereg propozycji i żądań dotyczących usprawnienia procesu szczepień. Chodzi np. o dostarczanie szczepionek do miejscowości proporcjonalnie do liczby mieszkańców (dziś każdy z 6 tys. punktów otrzymuje 30 dawek na tydzień).
– To powoduje, że często ludzie zgłaszają się do bardzo odległych miejsc, w których pula szczepionek jest większa niż zapotrzebowanie – przekonywał szef Platformy Obywatelskiej Borys Budka.
Opozycja uważa, że rządowy system jest zbyt scentralizowany. Ludowcy zaproponowali, by w proces szczepień zaangażować apteki i pracujących tam farmaceutów, zwłaszcza gdy na rynek trafi szczepionka o niższych wymaganiach dotyczących przechowywania. Polskie Stronnictwo Ludowe proponuje też, by za akcję szczepień były odpowiedzialne bezpośrednio przychodnie i samorządy, które lepiej znają rządowe potrzeby.
Z rządu słychać, że lepszy jest obecny system z centralnym rejestrem, gdyż daje większą pewność, że nie będzie pomyłek. KO zarzuca gabinetowi Morawieckiego, że w ramach unijnych zakupów szczepionek od różnych producentów zrezygnował z zakupu 15 mln dawek, które przysługiwały naszemu krajowi (9 mln od Pfizera i 6 mln Moderny). Rząd odpiera te zarzuty. – Co jakiś czas pojawiają się nowe oferty ze strony dostawców. Niedawno negocjowaliśmy przez mechanizm europejski dodatkową pulę zakupów szczepionek od Pfizera. Dziś mamy propozycję od Moderny, która przesunęła planowany termin dostaw z IV kw. na III kw. tego roku – mówił Adam Niedzielski.
Jak wskazał, pojawiają się też kolejni producenci, z którymi w najbliższym czasie mają być podpisane kolejne umowy w ramach mechanizmu unijnego.