Tymczasem mamy dużo medialnych uspokajaczy, a niepokój o przetrwanie systemu finansowego jest udziałem nielicznych. Dominują komunikaty w rodzaju: recesja w strefie euro zakończy się w tym roku, a potem będzie ożywienie. Banki są bezpieczne, oszczędności do kwoty 100 tys. euro są ubezpieczone i nawet gdy banki będą padały, to ludzie nie stracą pieniędzy. A nawet gdyby kryzys się nasilił, to Europejski Bank Centralny zadrukuje problem, tak jak banki centralne USA, Japonii i Wielkiej Brytanii, które drukują jak szalone.

No właśnie. Mimo wydrukowania bilionów dolarów, euro, jenów i funtów gospodarka światowa znowu zwalnia, a wiele krajów stacza się w recesję. Potężna skala druku w Japonii co prawda doprowadziła do silnych wzrostów na tamtejszej giełdzie i do osłabienia jena, ale jednocześnie silnie wzrosła zmienność na rynku obligacji. Są już pierwsze sygnały, że zamiast ożywić gospodarkę, działania Banku Japonii mogą doprowadzić do wzrostu rynkowych stóp procentowych z powodu wzrostu oczekiwań inflacyjnych, co może zmusić potwornie zadłużony rząd Japonii do bankructwa. Pojawia się coraz więcej sygnałów nasilenia kryzysu: bankructwo Cypru, konfiskata części depozytów w tym kraju i przygotowanie dyrektyw, które czynią tę praktykę standardem w strefie euro, a kto wie – może nawet w całej Unii Europejskiej. Ucieczka zagranicznych depozytów z Hiszpanii, decyzje trybunału konstytucyjnego w Portugalii unieważniające program oszczędnościowy wymuszony przez trojkę. A także rosnąca popularność nowej niemieckiej partii AdF, która chce doprowadzić do wyjścia Niemiec ze strefy euro, co będzie oznaczało koniec tej waluty. System zaczyna się sypać: regulacyjnie, gospodarczo, finansowo i politycznie. I nie wiadomo, czy drukowanie pomoże, bo Japonii, USA i Wielkiej Brytanii nie za bardzo pomaga. Zatem jak najbardziej zasadne jest zadanie sobie pytania: a co jeśli kryzys uderzy tak silnie, że system runie?

Symptomy upadku systemu są coraz silniejsze również poza strefą euro. Chińska gospodarka zwalnia. Załamały się ceny surowców, w tym metali szlachetnych. Ceny złota rosną w dwóch scenariuszach: gdy światu grozi wysoka inflacja lub gdy rozpada się system finansowy. Skoro na razie ceny złota spadają najszybciej od 30 lat, to oznacza, że ani jeden, ani drugi scenariusz nie puka do drzwi. Ale to bardzo zła wiadomość dla banków centralnych, które chcą wywołać inflację, bo taniejące złoto zapowiada recesję, bardzo niską inflację lub wręcz deflację. A właśnie w takim środowisku może dojść do załamania obecnego systemu finansowego.

A zatem co się wydarzy, jeżeli system runie? Na małą skalę ćwiczyliśmy ten scenariusz podczas upadku banku Lehman Brothers. Okazało się, że jedna mała kostka domina stojąca w dużym tłoku innych kostek jest w stanie wywrócić cały system. Wtedy Rezerwa Federalna przytrzymała inne kostki palcem, udzielając im błyskawicznie kredytów, praktycznie nieoprocentowanych. Jednak jeżeli kryzys przewróci naraz wiele banków i mimo pożyczek banków centralnych przestraszeni ludzie zaczną masowo wypłacać pieniądze, to nawet nacjonalizacja banków może nie wystarczyć, by powstrzymać krach systemu. Bo ludzie jeszcze nie rozumieją, że w bankach ich pieniędzy nie ma, że zostały one wielokrotnie wypłacone w postaci nowych kredytów. Jeszcze nie rozumieją, że gwarancje depozytów są fikcyjne, bo fundusze gwarancyjne nie mają pieniędzy i w przypadku systemowego krachu rządy będą musiały znacjonalizować banki i powszechnie wprowadzić rozwiązanie cypryjskie, ale zastosowane do wszystkich depozytów, nie tylko tych powyżej 100 tys. euro.

Jak się zabezpieczyć przed takim scenariuszem? Lokaty w bankach mogą być zamrożone i częściowo przejęte przez rządy. Kupno nieruchomości jest ryzykowne, bo w czasach krachu ich ceny dramatycznie spadną, a dodatkowo rządy mogą nałożyć wysokie podatki katastralne. W depresji ceny akcji dramatycznie spadną, a bankrutujące rządy i firmy nie oddadzą pieniędzy pożyczonych w postaci obligacji. Poza tym wtedy transakcje sprzedaży mogą nie być rozliczane, a fundusze zatrzymają wypłaty na dłuższy czas. Cóż zatem pozostaje? Gdzie lokować oszczędności całego życia, żeby ich nie stracić w takim scenariuszu? Na razie nieliczni zadają sobie to pytanie. Większość obywateli strefy euro żyje w głębokiej nieświadomości.

Ludzie nie rozumieją, że w bankach ich pieniędzy nie ma, że zostały wielokrotnie wypłacone w postaci nowych kredytów. A gwarancje depozytów w przypadku krachu globalnego systemu finansowego są fikcyjne