Codziennie słychać, że Europa ma dość oszczędzania, że przyczyną dzisiejszych problemów Grecji są cięcia, że zupełne pominięto aspekt wzrostu gospodarczego.
W trakcie weekendowego spotkania G8 w Waszyngtonie kanclerz Angela Merkel była pod obstrzałem zwolenników tzw. promocji wzrostu, Niemcy są bowiem symbolem dobijających gospodarkę oszczędności. Biedna Angela, nie dość, że jej wyborcy mają dość finansowania zadłużonych krajów Południa, to jeszcze ze strony przywódców świata narasta presja, aby spuściła z tonu i poluzowała reguły fiskalne. I jeszcze zgodziła się na euroobligacje (które przecież też musieliby gwarantować Niemcy). Do tego jeszcze dochodzi wygrana Francois Hollanda pod hasłem wspierania wzrostu jako alternatywy dla oszczędności. Ale czy to naprawdę jest alternatywa?
Trudno znaleźć przywódcę, który byłby przeciwny wspieraniu wzrostu. Jak można nie wspierać czegoś, na czym wszystkim zależy? Problem polega na tym, że wzrostu gospodarczego nie da się zadekretować. Politycy, najczęściej używając tego typu haseł, mają na myśli pompowanie pieniędzy publicznych w gospodarkę. Prezydent Obama chyba wciąż w to wierzy, szczególnie że wolno rosnącą amerykańską gospodarkę na krótko można pobudzić wydatkami publicznymi.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.