W połowie stycznia pracownicy biura Jirziego Stastnego w Pradze usłyszeli z głośników komunikat o natychmiastowej ewakuacji. Powód: ostrzeżenie o podłożonej bombie. Policja obejrzała każdy zakamarek na siódmym piętrze, gdzie mieszczą się biura OTE – spółki, w której Stastny jest dyrektorem zarządzającym czeską częścią europejskiego systemu handlu uprawnieniami do emisji gazów cieplarnianych. Wszystko wydawało się w porządku.

Sygnał o problemach pojawił się następnego ranka. Zadzwonił jeden z klientów firmy z zawiadomieniem o zaginięciu należących do niego tysięcy przydziałów emisji CO2, przechowywanych w obsługiwanym przez OTE komputerowym rejestrze. Stastny zrozumiał, że alarm był częścią przemyślanego podstępu. Hakerzy wykorzystali zamieszanie, by włamać się do rejestru i ukraść przydziały. Potem wystarczyło kilka kliknięć myszką, by sprzedać je za miliony euro na wolnym rynku, zanim ktokolwiek zauważy kradzież.

CO2 cenny jak diamenty

– Ludzie oglądają kryminały, w których z sejfów są wykradane brylanty i pieniądze. Tu zdarzyło się to samo, tylko przedmiot kradzieży był niezwykły – mówi Alan Svoboda z CEZ Group, czeskiej spółki energetycznej, która straciła 700 tys. przydziałów o wartości ok. 10 mln euro.

Atak na OTE był jednym z sześciu włamań hakerów do unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji gazów cieplarnianych, do jakich doszło we wschodniej i w środkowej Europie w ciągu ostatnich trzech miesięcy. W sumie cyberprzestępcom udało się skraść przydziały o wartości 50 mln euro, zanim spanikowane władze w Brukseli wstrzymały handel nimi.

System handlu uprawnieniami ma zmobilizować 11 tys. zakładów w 27 krajach UE oraz Norwegii, Islandii i Liechtensteinie do zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych. Bruksela z roku na rok ustala coraz bardziej rygorystyczne limity produkcji CO2 i przyznaje firmom uprawnienia do jego wyrzucania do atmosfery. Przedsiębiorstwa, które nie są w stanie spełnić wymogów, muszą kupować drogie pozwolenia na dodatkową emisję, by uniknąć jeszcze dotkliwszych kar za trucie środowiska. Z kolei efektywnie działające przedsiębiorstwa mogą np. odsprzedawać niewykorzystaną część swojego limitu.

Unijni politycy byli tak zachwyceni stworzonym systemem, że uznali go za europejskie rozwiązanie globalnego problemu, jakim jest ocieplanie się klimatu Ziemi. Z rozmów z pracownikami organów kontroli oraz przedstawicielami kierownictwa spółek handlujących limitami wynika jednak, że chęć udowodnienia efektywności rozwiązania przesłoniła znaczące braki w systemie zabezpieczeń. To dlatego mogło dojść do serii spektakularnych kradzieży praw do emisji CO2.

Pomimo ostatnich wydarzeń Connie Hedegaard, unijna komisarz ds. klimatu, broni obecnych rozwiązań. – Nikt przecież nie twierdzi, że sektor bankowy przestaje działać za każdym razem, kiedy ktoś obrabuje bank – podkreśla. Ale dodaje, że zmiany są konieczne: jedną z nich mogłoby być opóźnienie w otrzymywaniu kupionych uprawnień. Dziś są one dopisywane do limitów, którymi dysponuje kupujący, tuż po zakończeniu transakcji. Uprawnienia trafiają więc na jego konto natychmiast po zapłaceniu za prawo do emisji wykupionej ilosci CO2. To umożliwia przestępcom błyskawiczne pozbycie się limitów; w niektórych przypadkach skradzione aktywa zdążyły przejść przez kilka rachunków, zanim śledczym udało się je namierzyć. – Nie jestem specjalistką, ale wydaje mi się oczywiste, że funkcja opóźnienia mogłaby zniechęcić złodziei – mówi Hedegaard.

Do niedawna coś tak ulotnego jak dwutlenek węgla mało interesowało złodziei. Zmieniło się to w 2005 r., kiedy Unia Europejska stworzyła rynek emisji i wyznaczyła ich cenę. W 2009 r. europejscy decydenci z zadowoleniem odnotowali obroty na poziomie aż 90 mld euro.

Kiedy Bruksela ogłaszała sukces systemu, przestępcy już do niego przeniknęli. Niektóre oszustwa były proste: na Węgrzech do obrotu trafiały już raz wykorzystane przydziały. Inne sposoby były bardziej wyszukane. Najbardziej rozpowszechnione było kupowanie uprawnień w kraju, w którym limity nie były obłożone VAT, i sprzedawanie ich w innym, już z naliczonym podatkiem. Przestępcy przywłaszczali sobie różnicę, ogłaszali bankructwo i znikali. Według danych Interpolu oszustwa związane z rynkiem emisji kosztowały budżety państw Wspólnoty co najmniej 5 mld euro.