- Banki przechodzą od kredytów ratalnych do kredytów w karcie. Na własne zamówienie powiększą sobie grupę złych klientów?

Bankom chodzi o to, żeby zrealizować wyższe marże i lepiej zarobić na kliencie. Obecny kanał dystrybucji kredytów ratalnych to sklepy. Kredyt ratalny sprzedawany przez sklep musi spełniać warunki, które sklep zaakceptuje, co oznacza, że banki muszą się podzielić marżą, albo zrezygnować z marży. Natomiast sieć sklepów zarabia – i to podwójnie. Sprzedaje towar, zarabiając na marży hurtowej i – z drugiej strony – zarabia na finansowaniu zakupu, w dodatku nie angażując własnych środków. 

Banki decydują się na takie warunki, bo dla nich wartością samą w sobie jest informacja o kliencie, jego historii i wiarygodności. Jeśli klient otrzymał kredyt przez sklep i ten kredyt regularnie spłaca, to bank jest gotów mu udzielić dodatkowego kredytu, chociażby po to, żeby wcześniej spłacił kredyt zaciągnięty w sklepie. Po co ma klient kupować na raty, przechodząc najpierw uciążliwą procedurę wypełniania umowy, jeśli zamiast tego może otrzyma kartę kredytową? Na początku bardzo atrakcyjną, bez opłat, z długim okresem bezodsetkowym. Oczywiście, nie ma nic za darmo, to jest biznes

Konkurencja sprawia, że banki są pod olbrzymią presją na rynku kredytów ratalnych. Jeśli dodatkowo mamy do czynienia z niską inflacją, to marże dramatycznie spadają. Każdy kredyt ratalny oznacza papierowe dokumenty do wypełnienia, przetworzenia i przechowania, co oznacza, że koszty obsługi są wyższe od karty kredytowej. W rezultacie na takim pożyczaniu pieniędzy bank zarabia niewiele albo wcale. Dlatego lepiej przesunąć produkt w kierunku karty i rachunku bieżącego. 

Poza tym karta z punktu widzenia obsługi jest prostsza niż kredyt ratalny. Banki mogą analizować portfel klientów, łącznie z tym, że mają jak sprawdzić, czy nie zmienił adresu zamieszkania i przypadkiem nie „zapomniał” poinformować o tym banku. Z drugiej strony – klientowi można zaproponować wyższy limit za dobrą obsługę. W dodatku klient z kartą kupuje więcej. 

- Zapóźnienie w rozwoju polskiego rynku pozwoliło nam uniknąć kryzysu kredytów subprime w kredytach hipotecznych, bo ci bardziej ryzykowni klienci, którzy – gdyby rynek był bardziej rozwinięty – być może zaczęliby już brać kredyty hipoteczne, po prostu jeszcze nie pojawili się w bankach. Ale kredyty ratalne są spłacane kilka razy gorzej niż kredyty hipoteczne.

Potencjalni klienci segmentu subprime to jest ta część społeczeństwa, wykluczona z rynku bankowego. Jednocześnie są to w dużej części klienci firm pożyczkowych, a nawet firm poza oficjalnym obiegiem. 

- Raport Komisji Europejskiej sprzed kilku dni wskazuje, że nawet połowa Polaków może być wykluczona z systemu finansowego. Może to i dobrze, że nie obciążają banków gorszą zdolnością kredytową?

Według innych danych, ten odsetek niekorzystających z systemu bankowego jest niższy. Politycy nie doceniają tej części społeczeństwa, która jest wykluczona z różnych obszarów, w tym z rynku finansowego, a więc z rozwoju cywilizacyjnego danego kraju, gdzie ten rynek odgrywa ogromną rolę. Dlatego warto wspierać rozwój mechanizmów i instytucji, które by zabezpieczały przed takim wykluczeniem. 

Tym bardziej, że to nie jest tak, że tych wykluczonych w ogóle nie ma w systemie kredytowym. Mogą oni bowiem wybierać oferty instytucji, które oferują warunki mniej korzystne niż te, które mogłyby być zaoferowane przez system bankowy. Zatem być może warto się zastanowić, czy system bankowy jest w stanie przygotować odpowiednią propozycję. Jednak, jeśli wziąć pod uwagę systemy oceny ryzyka, to nagle okaże się, że należy tak określić cenę, że będzie ona wysoka. Bank działa w ramach regulacji i nie może sobie pozwolić na odstąpienie od nich. Nie jest to więc proste. 

Ale na przykład rząd brytyjski, który włączył się w program zwalczania nadmiernego zadłużenia społeczeństwa brytyjskiego, chce zmniejszyć te rozmiary wykluczenia, które pojawiło się w wyniku pewnej niefrasobliwości, a z drugiej strony – chęci osiągania zysków przez instytucje finansowe. Przy czym to nie jest tylko kwestia edukacji klientów. To także – na przykład - kwestia kultury wymiany informacji o kliencie.
Z drugiej strony pojawia się inny ciekawy problem - jak nasz ustawodawca wprowadzi do polskiego prawa przepisy dyrektywy o kredycie konsumenckim. W preambule tej dyrektywy wyraźnie podkreśla się odpowiedzialność instytucji kredytowej za właściwy dobór produktu dla klienta. Produktu, który odpowiada jego potrzebom i możliwościom spłaty. Mamy więc do czynienia z kwestią konkretnej odpowiedzialności prawnej za decyzje kredytową. Klient może – w myśl tej dyrektywy – oskarżyć bank, że niewłaściwie dobrał mu kredyt, wprowadził go w błąd, nieadekwatnie dostosowując kredyt do jego możliwości.

- To może ograniczyć kredytowanie w ogóle?

Może spowodować, że instytucje kredytujące w ogóle – nie tylko banki – będą udzielać kredytów w sposób uwzględniający rzeczywiste możliwości danej osoby obsługi kredytu. Ale też z pewnością może ograniczyć kredytowanie.