Znowelizowane właśnie przepisy dotyczące odpadów, będące reakcją na serię pożarów składowisk, już wymagają korekt – twierdzi branża i część osób z rządu.
Jednym z rozwiązań, jakie w kontekście walki z tzw. mafią śmieciową przewiduje rządowa nowelizacja ustawy o inspekcji ochrony środowiska, jest możliwość prowadzenia obserwacji przy użyciu technik satelitarnych czy dronów. Takie uprawnienie otrzymać ma m.in. główny inspektor ochrony środowiska i inspektorzy wojewódzcy.
Problem w tym, że będą mogli to robić, gdy okażą legitymację służbową. – Podobno taki wymóg postawili ludzie Zbigniewa Ziobry – twierdzi nasz rozmówca z kręgów rządowych.
Resort sprawiedliwości twierdzi, że nie miał z tą zmianą nic wspólnego. W praktyce nie jest jasne, jak miałaby wyglądać obserwacja, skoro wcześniej inspektor musiałby się wylegitymować przed przedsiębiorcą podejrzewanym o nielegalne praktyki. Dekonspiracji można uniknąć pod jednym warunkiem. Gdy „czynności kontrolne z użyciem bezzałogowych statków” są wykonywane tak, że operator drona znajduje się poza terenem, do którego prowadzący działalność posiada tytuł prawny.
Reklama
– Przepisy w zakresie wykorzystania dronów są niejasne. Może się okazać, że efektywne korzystanie z bezzałogowych statków powietrznych w przypadku inspekcji ochrony środowiska będzie w praktyce niemożliwe – mówi Miłosz Jakubowski z Fundacji Frank Bold.

Reklama
Jeszcze ostrzej sprawę komentuje Andrzej Guła z Polskiego Alarmu Smogowego. – Mamy do czynienia z klasycznym bublem prawnym. Cała idea tej techniki operacyjnej traci sens – mówi. – Senat miał okazję wyprostować te propozycje, ale w pakiecie poprawek senatorowie nie uwzględnili tej kwestii – dodaje Guła, wskazując, że teraz potrzebna byłaby kolejna nowelizacja.
Sprawa dronów i zbierania w ten sposób dowodów przeciwko mafii śmieciowej to niejedyny kłopot. Nie rozwiązano również problemu magazynowania odpadów niebezpiecznych. Zmienił się tylko dopuszczalny czas tego procederu (już nie trzy lata, ale rok). Zakazano też importu odpadów sortowanych, ale te ze zbiórki selektywnej będzie można do Polski sprowadzać.
– Sygnalizujemy również niezgodność przepisów z konstytucją. A konkretnie z zapisami o równości wszystkich wobec prawa – mówi DGP Jacek Pietrzyk z firmy Atmoterm zajmującej się działalnością informatyczną i doradczą w sprawach ochrony środowiska. Chodzi o zapis dotyczący obowiązku zabezpieczenia roszczeń. – Jeśli gmina ogłosi przetarg, w którym wystartuje spółka miejska i firma prywatna, ta ostatnia będzie na przegranej pozycji, ponieważ w jej kosztach będą się musiały znaleźć dodatkowo zabezpieczenia roszczeń. A w przypadku spółki miejskiej takiego wymogu nie ma. To dyskryminacja firm prywatnych – uważa Pietrzyk. Zabezpieczenie liczone jest nie od faktycznej ilości odpadów, ale od wielkości magazynu określonej we wniosku o pozwolenie.
Resort środowiska przekonuje, że o dyskryminacji nie ma mowy, bo wyłączeniom zabezpieczenia roszczeń mają podlegać nie tyle zbierający odpady, ile zarządzający składowiskami (a sama ustawa nie przewiduje innych wyłączeń podmiotowych).
Co ciekawe, ujednolicone mają być sankcje karne za nielegalne gospodarowanie odpadami. Przyjęto bowiem, że płacić się będzie za objętość. – I nieważne, że metr sześcienny luźno usypanych kartonów waży 150 kg, a taka sama ilość żużla poołowiowego już 3,5 tony – wskazuje Pietrzyk.
Problemem z realizacją polityki gospodarowania odpadami może się też okazać wzrastająca opłata marszałkowska za składowanie, która już w grudniu zwiększyła się pięciokrotnie wobec poprzedniej. – Z założenia opłata ta powinna finansować recykling, ale trafia do budżetu NFOŚiGW i samorządów, które równie dobrze mogą te pieniądze przeznaczyć np. na wymianę pieców, czyli inne zadania związane z ochroną środowiska – mówi Jacek Pietrzyk. I dodaje, że nie tyle nowelizacja ustawy o odpadach, co ciągły brak zapowiadanego od ok. 8 lat rejestru odpadów (BDO), który pozwoliłby na ich monitorowanie, jest największym problemem. Rejestr dałby bowiem szansę na kontrolę całego procederu.
Zdaniem naszych rozmówców problem ma charakter systemowy. – Ministerstwo Środowiska ogłasza nabory pracowników, na które mało kto się zgłasza, bo wymagania są jak do Microsoftu, a płaca według zaszeregowania do 3,5 tys. zł brutto, i to tylko na czas tworzenia systemu informatycznego – słyszymy od osób znających sprawę.
Do końca stycznia gminy zbierają dane od firm o odpadach za ubiegły rok. Agregują je i do końca marca przekazują marszałkom. Ci do połowy lipca przesyłają je do resortu środowiska. Z powodu dużej ilości danych nie ma możliwości skontrolowania, czy na najniższym szczeblu nie doszło do nadużyć. Co ciekawe dziewięć województw ma dane w wersji elektronicznej. Mimo to do ministerstwa trafiają wydruki.
Wciąż jest problem z magazynowaniem odpadów niebezpiecznych